środa, 17 sierpnia 2016

ja vs. siostra

Taki dialog o pierwszej w nocy.

Ja: Masz może pożyczyć ładowarkę do telefonu? Swoją zostawiłam w pracy.
Siostra: Żyjesz jak zwierzę.

środa, 8 czerwca 2016

Robię sobie RTG klatki piersiowej. Radiolog patrzy na mój tatuaż na plecach i pyta, czy jestem po rehabilitacji.

#WTF

środa, 1 czerwca 2016

hello june, be good to me rzygi

Po burzy. Jaskółki znowu latają wysoko, a wąsate janusze mogą wrócić na parapety/balkony sąsiadujących bloków i na nowo prezentować sobie a muzom wylewające się brzuchy, klapki kubota, sumiaste wąsy. Yes, it's hunting season. In Poland.

sobota, 26 marca 2016

wielkanoc

Siostra zapytała mnie dzisiaj z dupy, czy gdyby u rodziców w domu nie było internetu, to przyjeżdżałabym tutaj na święta.

Uwierzcie, ale miałam poważny problem z odpowiedzeniem na to pytanie.

niedziela, 13 marca 2016

weekend marnotrawny

Powroty zawsze bywają pod wieloma względami trudne, szczególnie jeśli wraca się z jednej chujozy do drugiej, wokół nie widać szans na ratunek, rokowania nie dają żadnej nadziei, a weekend niezależnie gdzie spędzony stoi pod znakiem totalnego zmarnotrawienia. Zapomniałabym jeszcze, że wracanie gdziekolwiek skądkolwiek i pocokolwiek nabiera dodatkowych zgniłych barw gdy wraca się polskim busem, gdzie w ciszy konsumuje się kanapki z pasztetem, pije piwa i śmierdzi cebulą.
Nie pomaga humus, James Blake ani antologia reportażu, a brak przestrzeni intymnej uniemożliwia mi pobicie kogoś bez konsekwencji albo wykonanie kilku pokojowych asan jogi. Ratuj mnie mały wiosenny boże przed ogólną klęską dnia jutrzejszego, a jeszcze bardziej przed kolejnym nadchodzącym weekendem, którego z założenia nienawidzę jak psa i marzę o jego delegalizacji. 

Rozmowy ze znajomymi utwierdzają mnie, że między nami niewiele się zmienia i jednocześnie wprawiają w jeszcze większe przygnębienie, które noszę gdzieś na co dzień w głębi i tłumię ostatnio nowym sezonem "House of Cards". Przy naleśnikach ze smażonymi truskawkami i koksem na końcu świata rozmawiamy, że nic już nam nie sprawia tak właściwie przyjemności, nie obchodzi nas to, co mają do powiedzenia pisarze na spotkaniach autorskich, wszystkie filmy wydają się podobne do siebie, a niektórych książek mogłyśmy nie czytać, by żyć dalej szczęśliwie i w błogiej nieświadomości. 
U naszych znajomych imprezowiczów-klubowiczów po przekroczeniu trzydziestego czy trzydziestego piątego roku życia niewiele się zmieniło w ciągu lat: dalej uskuteczniają swój nocny tryb życia, pierdolą konwenanse i żyją weekendem, co trochę mnie przeraża. Sama żyję od pewnego momentu obawą, że w ciągu najbliższych miesięcy techno mi się znudzi i nie będę miała żadnej alternatywy rozrywkowo-przyjemnościowej, ale z drugiej strony powinnam bać się też opcji spędzenia w stanie stacjonarnym muzyki elektronicznej kolejnych lat swojego życia.

W sumie to chciałam tylko powiedzieć, że marnotrawstwem czasu wydaje mi się wyjazd, który uskuteczniłam w ten weekend. Chciałam tylko dobrze się bawić, a wracam z wkurwieniem do kwadratu, bo wcale nie spędziłam mile czasu na docelowych czynnościach i widzę je teraz jako gigantyczny wyrzut sumienia, z którego nie mam gdzie się wyspowiadać i dostać rozgrzeszenia. Próżność i nonsensowność wysycam życiem offline, częściowo działa.

poniedziałek, 11 stycznia 2016

David Bowie

Już jak jechałam do pracy snułam podświadomie typowe rozmyślania nad tym, że styczeń jest jak poniedziałek roku, a poniedziałek z kolei niezmiennie i zawsze jest murzynem tygodnia, a myślałam tak oczywiście zrezygnowana & zupełnie nieświadoma tego, że David Bowie w tym samym czasie już nie żyje. [tzw. wiadomość dnia]
Oto wszem i wobec dziś dzień bierze więc z zasady w łeb, zdominowany zdjęciami i teledyskami Ziggy Stardusta. W tym samym czasie rosną też słupki popularności artysty na Spotify, rośnie sprzedaż jego płyt, gadżetów i wyświetleń na youtube, rośnie bezwzględna ilość łez fanów, a normalni ludzie zapewne wzruszają ramionami i przeglądają dalej internety. Typówka. No, mi jest smutno, co wiążę też jednocześnie z podskórnym strachem przed śmiercią wielkich.

Myślałam, że dziś dzień powita mnie ogłoszeniami wyników Złotych Globów, zamiast tego mam kolejny smogowo-smutny poniedziałek w zawsze minorowym Krakowie, a w Trójce gra David Bowie. Życie jednak potrafi nadal mnie zaskoczyć, szkoda, że zawsze robi to w najbardziej chujowy możliwy sposób. Niech to szlag.

(obojętnieję nawet na próżne posty z sukienkami na Globach)

środa, 6 stycznia 2016

Nowy rok to nie tylko nowa osobowość, zajęcia w wolnym czasie i zdrowy styl życia instant, ale także wydatki niespodziewanego sortu typu prozaiczna potrzeba kupna butów zimowych, dzięki której jeszcze bardziej negatywnie opiniuję w temacie śniegu i zimna. Bo oczywiście mogłabym przeznaczyć hajs na "przewodnik krytyki politycznej. muzyka" albo smartfon, chociaż w sumie pewnie i tak prędzej czy później je sobie sprawię. Bo w tym roku nie zamierzam sobie też niczego odmawiać.

Zdecydowanie bardziej wolałam bożonarodzeniowy grudzień, przypominający zapachem przedwiośnie marca niż kurwa melancholię bieli dla ubogich za oknem. Zawsze ilekroć jadę teraz rano do pracy, zastanawiam się, ile jeszcze będą nękać mnie egipskie ciemności zanim dojadę już do swojego centrum dowodzenia. Na moście grunwaldzkim palą się jeszcze świąteczne gigantyczne bombki, a na cracovii mijam odblaskowego smoka wawelskiego, który razi mnie po oczach.

W wolny dzień wstaję hedonistycznie o 10:00 rano i czytam podsumowanie roku na dwutygodnik.com, które z jednego artykułu odsyła mnie na 16 innych kart i nagle robi się 15:00, a ja nadal siedzę w pidżamie w łóżku. Muszę gdzieś spisać swoje postanowienia, mówię sobie, bo w końcu się w nich pogubię, szczególnie, że dziś wpadłam na kolejne, a jutro pewnie przyjdą kolejne i kolejne. Mianowicie to jest naprawdę genialne. Zapisuję się do szkoły haftu. Serio. Teraz. Do końca stycznia. Nie mogę opanować swojej ekstazy.

Świat postanowień i dążenie do durnej samorealizacji wciągają mnie do tego stopnia, że zaraz porzucę życie towarzyskie, a moja piramida Maslowa zostanie pozbawiona potrzeb fizjologicznych. Zen i bretarianizm, powiadam, tylko to może nas uratować.

poniedziałek, 4 stycznia 2016

Początek roku to i dla mnie czas wybitnej intensyfikacji wymyślania coraz to nowych, ale jednocześnie relatywnie możliwych do zrealizowania postanowień noworocznych, które próbują wymusić na mnie bliscy (zrób sobie w końcu prawo jazdy) lub które stawiam sobie ja. Oczywiście nowa ja, ta ambitna i poważna (czas najwyższy na nową dziarkę, muszę jechać na przynajmniej jeden festiwal zagraniczny, ale też zdam egzamin z TOEFL).

W sumie to nie czuję tego, że czas mija, podobnie jak nie czułam potrzeby świętowania w sylwestra, a mimo to wybrałam się do Berlina i wczoraj po 5 dniach z niego wróciłam w stanie deprywacji snu i lekkiego sentymentalnego smuteczku z narastającą potrzebą bawki asap. 

Było minęło, teraz jest już 2016 i siedzę w pracy, wszyscy mówią w kółko "witam w nowym roku", rzeka zamarzła, w autobusach grzeją, a Pitchfork zaczął publikować na nowo recenzje płyt po długiej przerwie. Podczas mojej nieobecności w sieci na szczęście nie pojawiły się żadne nowe albumy, bo i tak bez nich mam spore zaległości, a biorąc pod uwagę wszystkie moje ambitne postanowienia to mam jeszcze większe zaległości niż myślę. 

Ale pewne rzeczy się u mnie na szczęście nie zmieniają i mam na myśli to: