Upływ czasu w domowej poświątecznej atmosferze przypomina wytworzenie swego rodzaju bezczasu bez konstruktywnych zajęć poza liczeniem kalorii - telewizja wraz z powtórkami seriali, takbardzo emocjonującymi teleturniejami, trudne sprawy w pakiecie kilku odcinków naraz, czytanie książek nocami, rundka po lumpeksach, aerobik do Viva Polska, spotkania z ludźmi po latach, coroczne wietrzenie swoich luźnych zapisków reprezentujących chude lata umysłu, uświadamiające przy okazji zanikanie parcia na bycie twurcom dzieua rzycia (nowatorskie zestawy słów dramatycznych, epickich, lirycznych jednocześnie w przekonaniu o przekraczaniu dotychczas znanych limitów). Wszystko to oczywiście podane jest w zamaskowanej ironicznej otoczce małomiasteczkowości, z dala od wielkich ośrodków, z którymi kontaktuję się za pomocą telepatii i facebooka, gdzie napływają informacje o rzeczach, którym nie dowierzam. Między zmasowanymi relacjami po obejrzeniu "Hobbita", sporo osób publikuje podsumowanie płytowe roku mijającego, gdzieniegdzie przenikają reklamy różnych sylwestrów w klubach z przemycanym podstępnie pytaniem 'a co z sylwestrem?', w sklepach tanieją sowietskoje szampanskoje obowiązkowo, a ja wracam do poszerzania horyzontów myślowych, bo spacja przy laptopie mi się zepsuła. (Podejrzewam, że ma to związek z ciągłym naciskaniem jej przy moich autorskich świątecznych DJ-setach.)
niedziela, 30 grudnia 2012
środa, 26 grudnia 2012
wtorek, 25 grudnia 2012
DANGER DANGER HEJT VOLTAGE
Elo. Głupio tak o świętach, skoro jest to na tyle wtórny temat, że niemal wszystko, co można było o tym powiedzieć, już zostało powiedziane na wiele możliwie różnych sposobów powtarzane, odgrzewane, aż do niesmaku i końcowych mdłości. Mimo to każdy odczuwa potrzebę dodania trzech groszy, dolania oliwy do ognia i solidarnego dzielenia frustracji, ja też, szczególnie, że nie pisałam nic o końcu świata, to muszę sobie odbić. Mea grafomańska culpa.
Marazm! Świąteczna atmosfera to coś o poziom wyżej niż niedziela z rosołem i familiadą, bo bez kaca wyzwala dodatkowo jakieś deprechy bez rodowodu, przez które zapomina się nawet o tym, że jest poniedziałek i że kończy się kolejny rok, który przyniósł znowu tylko gówno. Boże Narodzenie to zawsze czas, gdy czuje się chujowo: najpierw podczas sprzątania, gotowania, kupowania, oglądania porad w telewizji śniadaniowej, następnie podczas odczytywania rymowanych życzeń częstochowskich i przerabiania przekopiowanych statusów znajomych zawsze na pełnej pogardzie, poprzez klepanie tych samych życzeń do rodziny dalszej i najdalszej, jedzenie do oporu wigilijnych potraw, powtórki seriali i ambitne rozmowy o sąsiadach, studiach, znowu o gotowaniu potraw i analizowaniu statystyk dotyczących świąt, a skończywszy na wizycie na pogotowiu z niestrawnościami czy dopychaniu jedzeniem w formie bicia rekordu.
Marazm! Wszystko wokół jest powtarzaną z roku na rok mało fantazyjną i zabawną historią bez morału, podczas gdy chciałoby się fajerwerków, fleszów, piękna, ciepła, confetti i nawet banalnej magii, chociaż nikt tak naprawdę nie jest w stanie powiedzieć, co się pod tym pojęciem kryje. Z roku na rok składamy sobie te same życzenia, jeździmy w te same miejsca, kłócimy się o to samo, a odtwarzanie z pietyzmem tych samych czynności przypomina niekończącego się tasiemca i płynne przechodzenie do następnej sceny. I chociaż można powiedzieć to również w perspektywie rutyny dnia codziennego, dożylnie odczuwane jest to w święta, gdy uwidacznia się niewypełniony obowiązkami zbytek czasu indukujący wintertime sadness ze smutnymi książkami, piosenkami, refleksjami i wnioskami. Warto dodać też, że nie dostałam pod choinkę wymarzonego Beach Cruisera ani nowego laptopa, cioteczki i wujaszki znowu nagabywały o jakieś wesele, a ja nie przedstawiłam im nawet swojego chłopaka, pierogi zostały zjedzone, kości rzucone, nie-pokój za-siany, a pokój za-ciasny.
Na koniec rady: słuchajcie Old Time Radio, odsuwajcie laptop ze stołu podczas wigilii, żeby nie pochlapać go barszczykiem, nie zabijajcie karpia, dodawajcie zdjęcia z wakacji, WALCZCIE Z MARAZMEM.
Marazm! Świąteczna atmosfera to coś o poziom wyżej niż niedziela z rosołem i familiadą, bo bez kaca wyzwala dodatkowo jakieś deprechy bez rodowodu, przez które zapomina się nawet o tym, że jest poniedziałek i że kończy się kolejny rok, który przyniósł znowu tylko gówno. Boże Narodzenie to zawsze czas, gdy czuje się chujowo: najpierw podczas sprzątania, gotowania, kupowania, oglądania porad w telewizji śniadaniowej, następnie podczas odczytywania rymowanych życzeń częstochowskich i przerabiania przekopiowanych statusów znajomych zawsze na pełnej pogardzie, poprzez klepanie tych samych życzeń do rodziny dalszej i najdalszej, jedzenie do oporu wigilijnych potraw, powtórki seriali i ambitne rozmowy o sąsiadach, studiach, znowu o gotowaniu potraw i analizowaniu statystyk dotyczących świąt, a skończywszy na wizycie na pogotowiu z niestrawnościami czy dopychaniu jedzeniem w formie bicia rekordu.
Marazm! Wszystko wokół jest powtarzaną z roku na rok mało fantazyjną i zabawną historią bez morału, podczas gdy chciałoby się fajerwerków, fleszów, piękna, ciepła, confetti i nawet banalnej magii, chociaż nikt tak naprawdę nie jest w stanie powiedzieć, co się pod tym pojęciem kryje. Z roku na rok składamy sobie te same życzenia, jeździmy w te same miejsca, kłócimy się o to samo, a odtwarzanie z pietyzmem tych samych czynności przypomina niekończącego się tasiemca i płynne przechodzenie do następnej sceny. I chociaż można powiedzieć to również w perspektywie rutyny dnia codziennego, dożylnie odczuwane jest to w święta, gdy uwidacznia się niewypełniony obowiązkami zbytek czasu indukujący wintertime sadness ze smutnymi książkami, piosenkami, refleksjami i wnioskami. Warto dodać też, że nie dostałam pod choinkę wymarzonego Beach Cruisera ani nowego laptopa, cioteczki i wujaszki znowu nagabywały o jakieś wesele, a ja nie przedstawiłam im nawet swojego chłopaka, pierogi zostały zjedzone, kości rzucone, nie-pokój za-siany, a pokój za-ciasny.
Na koniec rady: słuchajcie Old Time Radio, odsuwajcie laptop ze stołu podczas wigilii, żeby nie pochlapać go barszczykiem, nie zabijajcie karpia, dodawajcie zdjęcia z wakacji, WALCZCIE Z MARAZMEM.
Subskrybuj:
Posty (Atom)