Pokazywanie postów oznaczonych etykietą fuckty. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą fuckty. Pokaż wszystkie posty

środa, 10 stycznia 2018

Czuję, że słowo SRYGGE to słowo, na które czekałam cały zeszły rok. Odkąd odnalazłam je dzięki wierszowi Łukasza Podgórniego, moje przeczucie mówi, że będzie to symbol 2018, a poza tym nieuświadomiona dotąd metafora mojego życia. Oto srygge - czyli hygge po polsku, na odwyrtkę, niepoprawnie, tak czy srak.

Dlaczego mogę powiedzieć, że srygge dominuje w 2018, który przecież dopiero co się zaczął?
1. Moja siostra pyta mnie jak u mnie w pracy komentowali galę sportu. Pytam: jaką galę sportu? O co chodzi? U mnie w pracy nadal wałkuje się instytutowy jubileusz 50-lecia oraz schizofreniczną wizję naszego mikroświata, a o bożym świecie dalej nikt nie wie. Nihil novi 2018.

2. Krakowskie MPK wprowadziło stałe zmiany w funkcjonowaniu komunikacji miejskiej od 8 stycznia 2018, nazwane optymalizacją. Piękne jest to, że mimo upływu dwóch dni nie widzę żadnych różnic. Autobusy jeżdżą tak samo ciulowo, tak samo się spóźniają, a nad miastem tak samo wisi smog i beznadzieja. Już nie mogę doczekać się przedłużenia karty miejskiej.

3. Nadal nie dotrzymuję obietnic i nie przestrzegam postanowień. Przykłady? Mój bullet journal dalej leży i kwiczy, w związku z tym na pewno i pod koniec 2018 nie będę wiedzieć, co istotnego zdarzyło się w moim życiu (boję się myśli, że nic się w nim nie dzieje). Ponadto boję się zadzwonić do instruktora i umówić się na jazdy prawo jazdy.

Czy kiedyś wygramolę się ze swojego rozciamciania?

środa, 9 sierpnia 2017

Ciężko uwierzyć, że terapia u mojego nieistniejącego psychoterapeuty powstrzymała moją sraczkę słowną na prawie rok. Na szczęście od powietrza, głodu, ognia, wojny i milczenia uchroniła mnie Dorota Masłowska za sprawą swoich felietonów. Czytam aktualnie "Jak przejąć kontrolę nad światem, nie wychodząc z domu" i duszę się przy okazji ze śmiechu w autobusach i pod kołdrą. Jakby ktoś zapłacił mi jeszcze za reklamę, mogłabym rekomendować tę pozycję jako lek na depresję, borderline i homoseksualizm.

Na nowo obudziły się we mnie zwały nienawiści do świata i nareszcie mogę w spokoju delektować się wizją rozdzierania moich zdziwaczałych kolegów z pracy oraz pluciem na wizerunek Kamila Bednarka na billboardzie hotelu Cracovia. Na nowo chce mi się komentować grubych ludzi i narzekać na gówniarzernię pod blokiem oraz pluć na bezużyteczne stare babcie i ich pieski. Życie znowu staje się piękne, a im więcej w nim przymiotów widzę, tym bardziej odrealniam się i go unikam. 

Okazuje się, że rzeczywistość po powrocie z festiwali muzycznych jest jeszcze bardziej obmierzła niż przed wyjazdami. Własne życie jeszcze bardziej bezcelowe. Życie innych bez porównania lepsze. Tak, zazdrość to dziwaczne i infantylne uczucie. Może kiedyś uda mi się osiągnąć stan homeostazy bez porównywania się do znajomych, ale najprędzej nadal pozostanę dziecinną siksą, która zgrywa mądrzejszą niż jest.

niedziela, 1 stycznia 2017

Jedni mądrzy ludzie powiadają, że jaki sylwester, taki cały nowy rok. Inni mądrzy ludzie z kolei twierdzą, że jaki Nowy Rok, taki cały nowy rok. Jeśli chodzi o mnie, to wolałabym jednak opcję pierwszą - chciałabym, żeby 2017 był złożony z zakupów w Biedronce, jedzenia wegańskich pierożków w stylu slow food na miachu połączonego z piciem kawy flat white z mlekiem bez laktozy, robienia się na bóstwo, a potem zabawie do rana NIŻ leżenia całego dnia przed komputerem i czytania pudelka. 

I w tym roku nie czułam jakoś zewu zabawy sylwestrowej - mus wyjścia gdzieś i odpowiadania na pytanie co się robiło od dawien dawna mocno mnie mierzi, poczucie krańcowości, jakieś umowne zamknięcie jednego etapu, wywołuje same gorzkie refleksje, a 1 stycznia niezmiennie kojarzy się z kacem i durnymi postanowieniami bez pokrycia. Wczoraj o północy oglądaliśmy z tarasu Forum Przestrzeni pokaz sztucznych ogni i zamiast głupio cieszyć się niewiadomoczym, zastanawialiśmy się, co jest gorsze: sylwester czy własne urodziny? Albo dlaczego ludzie tak dziwnie tańczą w kółkach lub w parach, skoro stanem normalnym jest samotne gibanie się do dj-ki?*

*Obowiązkowy cytat z "Lobstera"


Do powyższych zagwozdek z wczoraj, dochodzą też same poważne sprawy z dzisiaj.
1. "Miliony osób oglądały TVP w sylwestra. Największą oglądalność, sięgającą 5 mln, miał koncert piosenkarza disco polo, Zenona Martyniuka w Dwójce - wynika z komunikatu prasowego Telewizji Polskiej." - z artykułu TVP chwali się wynikami z sylwestra. Wszystkie robią wrażenie, ale król wieczoru był tylko jeden

2. Na Facebooku można już lajkować lajkowanie czegoś przez kogoś! "'w końcu można reagować na to, że ktoś polubił jakąś stronę! 2017 zapowiada się wspaniale"

3. Ludzie pytają na przykład: "jak tam ostatni utwór w 2016 i pierwszy wysłuchany w 2017?"- kluczowa sprawa, prawda? Nawet w sumie to nie tajemnica - wraz z pretensjonalnym 2017 JUST BE GOOD TO ME, obojętnie witam nowy rok z Beach House: smutno, ale szlachetnie.




piątek, 30 grudnia 2016

znowu to samo

Od miesiąca myślę o pisaniu i jak zwykle to bywa w moim przypadku, wtórny autotematyzm zawsze wygrywa z konkretną narracją, a teoria rzadko kiedy przechodzi do praktyki. Nie mniej jednak ręka nie przestaje mnie swędzieć, co jest zapewne znakiem, że powinnam przynajmniej spróbować coś z tym zrobić.

Przed nami naprawdę ostatnia prosta roku 2016, mimowolny czas podsumowań i tworzenia nierealnych postanowień na kolejne 365 dni, klimat schyłkowości z lekką nutą dekadencji w tonacji minorowej. Każdy nowy rok to oczywiście nowa ja - zdrowo odżywiająca się, kobieca, niewulgarna, ambitna, systematyczna czarująca, uprzejma, oszczędna i rozważna. Niezmienne pozostaje również dążenie do ideału: bogacenie słownictwa, częste wizyty w teatrze, poliglotyzm, bywanie na salonach, koleżanki wyłącznie z rodzin arystokratycznych, wokół tylko mężczyźni z klasą. Oczywiście do tego regularne godziny snu, regularne miesiączki i regularne godziny posiłków. Mam też nadzieję, że mój poziom paranoi samoistnie spadnie na rzecz apoteozy życia i celebracji momentów czy innej pretensjonalnej czynności wyzwolonych młodych kobiet, a życie przybierze znamiona idealności.

Tymczasem nadal unikam myślenia o sylwestrze i właściwie ponad wszystko pragnę zatopić się w filmie/serialu/książce/bezczasowości, nucąc pod nosem "It Was a Very Good Year" Franka Sinatry. Bo wydaje mi się, że taki właśnie dla mnie był - mimo wszystkich nawiedzających ludzkość tragedii i niespodziewanych śmierci, od których miał chronić nas Pan Buk. Daję 2016  wysokie noty, choć głośno się do tego nie przyznaję, żeby nie przedobrzyć, spuszczając zapobiegawczą zasłonę milczenia i kreując się na kobietę-enigmę. Czasiewpracy - mijaj fast forward!

sobota, 26 marca 2016

wielkanoc

Siostra zapytała mnie dzisiaj z dupy, czy gdyby u rodziców w domu nie było internetu, to przyjeżdżałabym tutaj na święta.

Uwierzcie, ale miałam poważny problem z odpowiedzeniem na to pytanie.

niedziela, 13 marca 2016

weekend marnotrawny

Powroty zawsze bywają pod wieloma względami trudne, szczególnie jeśli wraca się z jednej chujozy do drugiej, wokół nie widać szans na ratunek, rokowania nie dają żadnej nadziei, a weekend niezależnie gdzie spędzony stoi pod znakiem totalnego zmarnotrawienia. Zapomniałabym jeszcze, że wracanie gdziekolwiek skądkolwiek i pocokolwiek nabiera dodatkowych zgniłych barw gdy wraca się polskim busem, gdzie w ciszy konsumuje się kanapki z pasztetem, pije piwa i śmierdzi cebulą.
Nie pomaga humus, James Blake ani antologia reportażu, a brak przestrzeni intymnej uniemożliwia mi pobicie kogoś bez konsekwencji albo wykonanie kilku pokojowych asan jogi. Ratuj mnie mały wiosenny boże przed ogólną klęską dnia jutrzejszego, a jeszcze bardziej przed kolejnym nadchodzącym weekendem, którego z założenia nienawidzę jak psa i marzę o jego delegalizacji. 

Rozmowy ze znajomymi utwierdzają mnie, że między nami niewiele się zmienia i jednocześnie wprawiają w jeszcze większe przygnębienie, które noszę gdzieś na co dzień w głębi i tłumię ostatnio nowym sezonem "House of Cards". Przy naleśnikach ze smażonymi truskawkami i koksem na końcu świata rozmawiamy, że nic już nam nie sprawia tak właściwie przyjemności, nie obchodzi nas to, co mają do powiedzenia pisarze na spotkaniach autorskich, wszystkie filmy wydają się podobne do siebie, a niektórych książek mogłyśmy nie czytać, by żyć dalej szczęśliwie i w błogiej nieświadomości. 
U naszych znajomych imprezowiczów-klubowiczów po przekroczeniu trzydziestego czy trzydziestego piątego roku życia niewiele się zmieniło w ciągu lat: dalej uskuteczniają swój nocny tryb życia, pierdolą konwenanse i żyją weekendem, co trochę mnie przeraża. Sama żyję od pewnego momentu obawą, że w ciągu najbliższych miesięcy techno mi się znudzi i nie będę miała żadnej alternatywy rozrywkowo-przyjemnościowej, ale z drugiej strony powinnam bać się też opcji spędzenia w stanie stacjonarnym muzyki elektronicznej kolejnych lat swojego życia.

W sumie to chciałam tylko powiedzieć, że marnotrawstwem czasu wydaje mi się wyjazd, który uskuteczniłam w ten weekend. Chciałam tylko dobrze się bawić, a wracam z wkurwieniem do kwadratu, bo wcale nie spędziłam mile czasu na docelowych czynnościach i widzę je teraz jako gigantyczny wyrzut sumienia, z którego nie mam gdzie się wyspowiadać i dostać rozgrzeszenia. Próżność i nonsensowność wysycam życiem offline, częściowo działa.

poniedziałek, 11 stycznia 2016

David Bowie

Już jak jechałam do pracy snułam podświadomie typowe rozmyślania nad tym, że styczeń jest jak poniedziałek roku, a poniedziałek z kolei niezmiennie i zawsze jest murzynem tygodnia, a myślałam tak oczywiście zrezygnowana & zupełnie nieświadoma tego, że David Bowie w tym samym czasie już nie żyje. [tzw. wiadomość dnia]
Oto wszem i wobec dziś dzień bierze więc z zasady w łeb, zdominowany zdjęciami i teledyskami Ziggy Stardusta. W tym samym czasie rosną też słupki popularności artysty na Spotify, rośnie sprzedaż jego płyt, gadżetów i wyświetleń na youtube, rośnie bezwzględna ilość łez fanów, a normalni ludzie zapewne wzruszają ramionami i przeglądają dalej internety. Typówka. No, mi jest smutno, co wiążę też jednocześnie z podskórnym strachem przed śmiercią wielkich.

Myślałam, że dziś dzień powita mnie ogłoszeniami wyników Złotych Globów, zamiast tego mam kolejny smogowo-smutny poniedziałek w zawsze minorowym Krakowie, a w Trójce gra David Bowie. Życie jednak potrafi nadal mnie zaskoczyć, szkoda, że zawsze robi to w najbardziej chujowy możliwy sposób. Niech to szlag.

(obojętnieję nawet na próżne posty z sukienkami na Globach)

środa, 6 stycznia 2016

Nowy rok to nie tylko nowa osobowość, zajęcia w wolnym czasie i zdrowy styl życia instant, ale także wydatki niespodziewanego sortu typu prozaiczna potrzeba kupna butów zimowych, dzięki której jeszcze bardziej negatywnie opiniuję w temacie śniegu i zimna. Bo oczywiście mogłabym przeznaczyć hajs na "przewodnik krytyki politycznej. muzyka" albo smartfon, chociaż w sumie pewnie i tak prędzej czy później je sobie sprawię. Bo w tym roku nie zamierzam sobie też niczego odmawiać.

Zdecydowanie bardziej wolałam bożonarodzeniowy grudzień, przypominający zapachem przedwiośnie marca niż kurwa melancholię bieli dla ubogich za oknem. Zawsze ilekroć jadę teraz rano do pracy, zastanawiam się, ile jeszcze będą nękać mnie egipskie ciemności zanim dojadę już do swojego centrum dowodzenia. Na moście grunwaldzkim palą się jeszcze świąteczne gigantyczne bombki, a na cracovii mijam odblaskowego smoka wawelskiego, który razi mnie po oczach.

W wolny dzień wstaję hedonistycznie o 10:00 rano i czytam podsumowanie roku na dwutygodnik.com, które z jednego artykułu odsyła mnie na 16 innych kart i nagle robi się 15:00, a ja nadal siedzę w pidżamie w łóżku. Muszę gdzieś spisać swoje postanowienia, mówię sobie, bo w końcu się w nich pogubię, szczególnie, że dziś wpadłam na kolejne, a jutro pewnie przyjdą kolejne i kolejne. Mianowicie to jest naprawdę genialne. Zapisuję się do szkoły haftu. Serio. Teraz. Do końca stycznia. Nie mogę opanować swojej ekstazy.

Świat postanowień i dążenie do durnej samorealizacji wciągają mnie do tego stopnia, że zaraz porzucę życie towarzyskie, a moja piramida Maslowa zostanie pozbawiona potrzeb fizjologicznych. Zen i bretarianizm, powiadam, tylko to może nas uratować.

sobota, 14 listopada 2015

słowna sraczka

Czasami zdarza się jeszcze tak, że w sobotę decyduję się pozałatwiać na mieście sprawy, które miałabym zrobić w terminie późniejszym ("zrobię to dzisiaj, żeby jutro móc swobodnie udawać, że nie istnieję" - brzmi logicznie), ale jak to zwykle w życiu bywa - clue takich wyjść nie znajduje się w miejscach docelowych, ale w takich, do których trafiam przypadkiem, bo jestem gdzieś obok. Jako krakowski sztywniak-intelektualista w egzystencjalnym czarnym golfie (metafizycznym, mam nadzieję, że nie muszę tego dodawać) wiadomo, że trafiam zazwyczaj do taniej książki, obskurnej melinki czy lumpeksu z wyprzedażą - no przecież, że nie na lans kiermash ciuchów wyprodukowanych przez młodych-kreatywnych-polskich-artystów, targi śniadaniowe na dworcu głównym czy festiwal food trucków dla osób, które nie przejawiają wyższych procesów myślowych.
Dziś trafiłam do dawno nieodwiedzanej biblioteki na Rajskiej i jak to zwykle bywa, gdy nie planuję niczego wypożyczać: wyszłam z antologiami reportażu, tomikiem poezji Romana Bromboszcza i przewodnikiem po literaturze polskiej 1989-2010. (Czy mogło być lepiej?) Już oczyma wyobraźni widzę siebie rozłożoną na łóżku w pokoju, kiepującą papierosy z Czech do pustego kubka po czarnej kawie i studiującą tendencje literatury w przeciągu ostatnich 20 lat, by po name-checkingu móc uskuteczniać prowokacyjny name-dropping, bo tylko to się teraz liczy. Podobno.

Popołudniowe autobusy miejskie wypełnione są starszymi ludźmi, którym nie patrzę w oczy, żeby nie epatować swoją nieprzemijającą młodością. Wydaje mi się, że jesienią widać ich bardziej, podobnie jak mocniej uwidacznia się też przerażająca katatonia tłumu. Żeby jednak nie było tak, że zawsze najgorzej, to gdy otwierają się drzwi na przystanku, to do środka wpadają liście i jeszcze tylko brakuje "Kolorowego wiatru" jako muzyka w tle. A poza tym dobrze byłoby, gdyby było bardziej jasno i wiosennie, to może przestałabym pierdolić te sentymentalne dyrdymały.

miejsce na tytuł, na który nie mam pomysłu

Typowa sobota, podszyta egzystencjalnym niepokojem i nadmiarem czasu wolnego. Kieruję swoje udręczone alkoholem ciało w stronę najbliższej siłowni, a godzinny trening czyni ze mnie innego człowieka, neutralizując w pełni aldehyd octowy i kierując uwagę bardziej na zmęczenie mięśni niż lekko jeszcze szumiącą głowę.
Czasami zdarza mi się też z okazji dobrego rozpoczęcia królewskiego weekendu wstąpić do lokalnej Biedry przy Rondzie Matecznego, hipnotyzującej i przyciągającej promocjami, bo jakże nie skusić się na hummus tani jak barszcz (polecam pomidorowy for real) czy jogurty -20%?! No, właśnie. Idę więc i kupuję nie tylko hummus, jogurty, ale też mleko, kefir, bułkę z masłem czosnkowym, banany, pierogi ze szpinakiem; wszystko to jem oczami w drodze, ślinka mi cieknie, podczas gdy gotówka na koncie ubywa, ale nie mam czasu ubolewać nad swoją szaloną rozrzutnością, bo zawsze ktoś pyta mnie jeszcze jak dojść na Łagiewniki. A ja cierpliwie tłumaczę i choć do niedawna miałam problem ze wskazaniem choćby jednej najprostszej drogi, to teraz doświadczenie robi swoje i jestem prawdziwym specem - papież polak mógłby być ze mnie naprawdę dumny i może wybaczyłby mi nawet, że na co dzień zajmuję się zaawansowanym szkalowaniem jego osoby.
Zawsze tak jest w sobotę rano, myślę; tworzy ona swoiste durne pseudopętle, które w jakiś sposób zapamiętuję, wwiercają się uparcie w pamięć i wywołują podskórne odczucie niechcianej powtarzalności dnia. Urozmaicam więc czas, jak mogę, umierając ostatnio trochę bardziej dla świata, zamykając się w czterech jesiennych ścianach depresji i zbyt głośnej samotności. Dzisiaj dodatkowo mogę usprawiedliwić swój nastrój zamachami we Francji i empatycznym współodczuwaniem, którego nie nauczyłam się wbrew pozorom na treningu rozwoju osobistego. I słońce też za bardzo mi świeci po oczach. Bolą mnie mięśnie. Za dwa dni poniedziałek. Nie ma co, smutek na zawołanie i usta w podkówkę. Elo.

Dzisiaj jestem tym utworem i tym obrazkiem też jestem.






czwartek, 12 listopada 2015

Miałam w zamiarze zrobić przegląd najśmieszniejszych obrazków i cytatów z dnia wczorajszego, ale ostatecznie zajęłam się kontemplacją tego czwartku bez wyrazu i ucieczką w wieczorne życie miasta - łuny 11 listopada po prostu opadły na rzecz tradycyjnych śmieszków do oporu z Jana Pawła II i memów z Kwaśniewskim, które podobno są passe. Ale cóż, taki żywot.

Nigdy nie wiedziałam, o co chodzi w czwartkach, ale przez swój dość długi żywot nauczyłam sobie z nimi radzić. Dlatego trafiam na spotkania o Santa Muerte i innych sektach Ameryki Południowej, zajadam darmowy tradycyjny listopadowy chleb, a potem creme de la creme dnia: zakupy w Biedrze w Galerii Krakowskiej i siłka. Tym razem zajęcia mam nie z instruktorką, ale facetem, z którym dziarsko ćwiczymy układy i też mnie to bawi. Chyba naprawdę śmieję się ze wszystkiego, ale wszystkie te kocie ruchy jakoś nie kojarzą mi się z testosteronem (zarostem, drwalem, męskim bicepsem). Mimo to, dziewczyny, dajemy, jesteście ze mną, wi step, podwójny step touch!
Co ja robię ze swoim życiem?

środa, 11 listopada 2015

11 listopada

11 listopada - wersja 1

11 listopada - wersja 2: NIE


Wiadomo, że jak zwykle mam tak wiele do powiedzenia, że ostatecznie nie powiem nic, przyjmując pozę zdystansowanego luksusowego hejtera, wtłoczonego w jedyny słuszny stan stacjonarny dzisiaj: kac - obiektywnie to on, a nie świętowanie niepodległości łączy teraz wszystkich Polaków.
Chociaż w sumie ciężko oprzeć się możliwości ponapierdalania się cegłami za darmo w ramach walki z nudą dnia wolnego - o czym byśmy rozmawiali, gdyby nie "tradycja" marszu narodowców? Właśnie, hehe.

czwartek, 29 października 2015

MPK, podsłuchane

No, dzisiaj miałem zapierdol: 3 zajęcia i wykład na 7:30, ale nie poszedłem w ogóle, bo byłem za bardzo zmęczony. A jutro? Jutro mam w końcu wolne.
- typowy student, wiadomo.


Wolałabym nie słyszeć ludzi w komunikacji miejskiej i wolałabym ich takoż nie widzieć. Ludzi w bloku w sumie również, podobnie jak ludzi w sklepie i ludzi na przystanku. I ludzi w ogóle. Dziś sama wolałabym się również nie spotkać.
Czytanie "Życia na gorąco" i "podręcznika podejmowania dobrych decyzji" miesza się w czwartki z rozmowami o robieniu wieńców ("robimy bukiety, ale ze sztucznych kwiatów") i nawet to wydaje mi się zbyt wysokim poziomem abstrakcji jak na mój standardowy próg przyswajania abstrakcji. Ech.

środa, 29 lipca 2015

najlepsze refleksje - godzina po fakcie

Nawet w tak bardzo kulturalnej stolicy - Krakowie nastało coś na kształt sezonu ogórkowego - już jakiś czas temu wyjechała stąd horda studentów, reszta podludzi opuszcza miasto dzisiaj z okazji festiwalu Brudstok, wygląda też, że tymczasowo ustały wojny LGBT, nawet mniej stoję w korkach i kolejkach w monopolowym wieczorem.
Wszystkie te aspekty sprawiają, że na nowo staję się łagodnym i trochę podszytym smutkiem kwiatem lotosu, upatrującym jakiejś powtarzalnej aktywności w podróżowaniu komunikacją miejską - z braku laku to właśnie ludzie w MPK stają się moim cichym obiektem refleksji. Zaczęłam codziennie rano wsiadać pierwszymi drzwiami w 194 i zawsze spotykam tam na pierwszym siedzeniu młodego chłopaka w stanie przypominającym katatonię. Wzrok ma utkwiony w jednym punkcie, nie porusza się, w uszach słuchawki, chyba nie mruga, ale przynajmniej wygląda na to, że oddycha. Wiem, że pracuje w banku BGŻ, bo na szyi ma smycz z jego logiem (ja w kieszeni noszę smycz POZDRO TECHNO, więc non comments) i ogólnie jest trochę przerażający z tym swoim bezruchem. Na przystanku centrum kongresowe stoi też zawsze blond kuc, z którym zazwyczaj łapię się wzrokiem, a pod błoniami wchodzi do autobusu zawsze ktoś z mojej pracy i spuszczam wzrok, żeby móc w spokoju słuchać acid house'u na iPodzie, a nie wdawać się w rozmowie o pogodzie, która dzisiaj przypomina mi o traumatycznej ulewie na Audioriverze i musie pisania relacji.

Ta notatka w mojej głowie wyglądała doskonalej i prowadziła do jakiejś błyskotliwej konkluzji, ale jak to bywa z moją radosną twórczością - lepiej gdyby została niezapisana. Czy jest gdzieś dostępny tutorial do nauki pisania morałów albo pociskania dyskretnej aczkolwiek hipnotyzującej grafomanii?

wtorek, 12 maja 2015

no i co tam słychać u Ciebie ciekawego? Opowiadaj!

Swój 400-setny grafomański wpis dedykuję prokrastynacji i chęci bycia popularną oraz jednoczesnej niemożności zmuszenia się do wysiłku intelektualnego, zawierającego się w stworzeniu kolejnego posta. Statystyki z roku na rok są coraz słabsze i nie wiem, czy przyczyną tej sytuacji jest to, że nic się u mnie ciekawego nie dzieje czy fakt, że nie chce mi się tego opisywać i koloryzować, by czytelnikom wydawało się, że jestem superzabawną laseczką z bogatym życiem towarzyskim, której wszyscy zazdroszczą pewności siebie i urody. Akurat.

Mądre feministki i intelektualistki (oraz amerykańscy naukowcy, wiadomix) udowodniają, że czysty dom jest oznaką zmarnowanego życia. Ciekawe, czym w takim razie byłoby utrzymywanie bloga i opisywanie swojego życia dla innych znajomych bez życia w perspektywie możliwości normalnego PRZEŻYWANIA bez tworzenia żadnych zbędnych raportów. Głupotą? Brakiem logiki? Niedojebaniem?

Piszę, bo mi się nudzi w pracy i z tej nudy dochodzę do wniosku, że powinnam częściej przebywać w centrum Krakowa, a nie blisko swojego ruczajowego wypizdowa. Podczas goszczenia mojej koleżanki z Warszawy miałam okazję zobaczyć na przykład gościa, który za pieniądze chciał, by ktoś wgrał mu zdjęcia na profil fejsbuka. Albo żula, który tworzył statystykę zbieranych puszek. Albo Oliviera Janiaka na miasteczku festiwalowym, który pocieszał cierpiących i niepełnosprawnych. To są właśnie historie, których ludzie chcą słuchać i których potrzebują! Właśnie na ich podstawie powstają nikomu niepotrzebne egocentryczne książki młodych polskich autorów, które nie tylko nie zmieniają świata, ale czynią go gorszym. Obym więc przebywała częściej w centrum miasta i wydarzeń, a niedługo już będę jeszcze sławniejsza niż teraz. Moim personalnym couchem jest Ola Radomiak, więc nie może się nam nie udać, co nie?

No, to na koniec co? Może jakiś przepisik na dietetyczną kolację albo zdjęcie w inspirującej knajpie na instagramie? I jeszcze frytki do tego?

poniedziałek, 2 marca 2015

robienie polityki to bułka z masłem orzechowym

Zdaje się, że obejrzałam "House of Cards" w idealnym momencie. Frank Underwood zaprowadza nowy porządek (New Order) w Wasztyngtonie, podczas gdy nasz odpowiednik amerykańskiego prezydenta włazi na stołki w Japonii i rzuca rubaszne zdjęcia. Uważam, że powinniśmy nakręcić polski serial o robieniu polityki - miałby tytuł "Bronek z Kart" i byłby zapewne czarną komedią.

Poniedziałek - od razu widać, że z początkiem tygodnia budzą się w człowieku nowe pokłady kreatywności.

sobota, 3 stycznia 2015

#dno

Ledwo się obroniłam, a już straciłam możliwość wchłaniania wiedzy i uczenia się pod musem. Próbuję właśnie przerobić materiał na jutrzejszy egzamin ze swoich progresywnych studiów podyplomowych i ni chuja nie idzie to do przodu. Otworzone 11 kart przeglądarki okazuje się bardziej ciekawe niż otwarty pdf. Nagle przypominam sobie, że powinnam napisać jeszcze parę słów o "Narkotykach. Niemytych duszach" Witkacego, którą to książkę skończyłam wczoraj i pragnę wydać na jej temat naprawdę konstruktywną opinię opatrzoną górnolotnymi słowami. Szukam więc tych trudnych wyrazów i dodatkowo generuję podniosłą atmosferę muzyką neoklasyczną, czytając przy okazji "sekrety nauki" z Focusa oraz ucząc się jazdy na łyżwach z Youtube'a. Próby nauki ciągle rejected.

Chciałabym mieć jakieś postanowienia na 2015 rok, ale tak naprawdę wszystko mi jedno. Nawet ćwiczenie systematycznego pisania bez celu i bez narażania siebie na pośmiewisko czytających jest jakieś bezbarwne i inaktywowane. Fitter, happier, more productive ble ble ble.

czwartek, 1 stycznia 2015

automatycznie generowany post noworoczny

Witamy w nowym roku 2015, który jak wiadomo będzie najlepszy i jedyny w swoim rodzaju, a na pewno nie gorszy od mijającego. Platformy mikroblogowe, które odwiedzam zalewane są przez denne obrazki z pretensjonalnymi tekstami typu "2015, please be good to me", "happy new year" + serduszka czy "1/365" pisane Heilveticą. Portale społecznościowe, które odwiedzam zalewane są przez zdjęcia z Sylwestra oraz odkrywcze życzenia noworoczne. Witryny internetowe, które odwiedzam zalewane są przez podsumowania mijającego roku oraz prognozy na kolejny przełomowy rok (tym razem 2015). A mnie z kolei zalewa krew.

Pierwszy dzień w nowym wspaniałym świecie spędzam na leżąco w łóżku i cierpię za milijony. Jak co roku jest bezproduktywnie i mało lajfstajlowo - trudno dziwić się więc, że nadchodzące dni mijają co najwyżej jako tako - w końcu jaki nowy rok, taki cały rok: facebook, kawa, wpierdalanie na gastrofazie i minimal techno na pełnej głośności. 

czwartek, 25 grudnia 2014

ekskluzywna relacja ze składania życzeń świątecznych

Nikomu nie trzeba specjalnie tłumaczyć, że składanie życzeń podczas kolacji wigilijnej to chyba najbardziej niepożądany moment rodzinnych i tradycyjnych świąt Bożego Narodzenia. Zazwyczaj klepie się w pośpiechu te same sprawdzone formuły, znane lepiej niż kilka pierwszych wersów "Pana Tadeusza" czy refren "Jak anioła głos", ale do standardowych zdrowiaszczęściapociechyzdzieciisukcesówwżyciuzawodowym każdy i tak dodaje kilka groszy od siebie, by sprawić, że owe życzenia stały się jedyną w swoim rodzaju inspiracją i panaceum na prowadzony dotąd lajfstajl.

Póki studiowałam rodzina życzyła mi ich skończenia i innych związanych z tym duperel, dlatego teraz po obronieniu swojej postępowej magisterki i znalezieniu pracy, byłam szalenie ciekawa, w jaki sposób zostanie mi zakomunikowane, że teraz czas na  męża / ślub, bo wiadomo, że tylko wokół tej kwestii może obracać się teraz opłatek, a "ja nie mogę się przełamać", ciągle (za Jackiem Podsiadło).

I w sumie szło im dość nieporadnie - było: "dawno nie byłam na żadnym weselu i bym się pobawiła", "szczęścia w życiu osobistym - no, wiesz, hehe", "znalezienia w końcu tego odpowiedniego partnera", ale w sumie nie pojawiło się nic żenującego i godnego pohejtowania.

Na szczęście uratowali sytuację moi mali kuzyni i kuzynki (lat 4, 6), życząc mi w zamian na przykład: "dużo mądrych książek", "pozostania nastolatką", "niechorowania na nowyotwór" (pisownia oryginalna) i "dużych cycków" (tak było).

Dobrze, że po życzeniach przychodzi czas na jedzenie i alkohol, bo o takich świętach właśnie marzę.