Pokazywanie postów oznaczonych etykietą bieda. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą bieda. Pokaż wszystkie posty

środa, 9 sierpnia 2017

Ciężko uwierzyć, że terapia u mojego nieistniejącego psychoterapeuty powstrzymała moją sraczkę słowną na prawie rok. Na szczęście od powietrza, głodu, ognia, wojny i milczenia uchroniła mnie Dorota Masłowska za sprawą swoich felietonów. Czytam aktualnie "Jak przejąć kontrolę nad światem, nie wychodząc z domu" i duszę się przy okazji ze śmiechu w autobusach i pod kołdrą. Jakby ktoś zapłacił mi jeszcze za reklamę, mogłabym rekomendować tę pozycję jako lek na depresję, borderline i homoseksualizm.

Na nowo obudziły się we mnie zwały nienawiści do świata i nareszcie mogę w spokoju delektować się wizją rozdzierania moich zdziwaczałych kolegów z pracy oraz pluciem na wizerunek Kamila Bednarka na billboardzie hotelu Cracovia. Na nowo chce mi się komentować grubych ludzi i narzekać na gówniarzernię pod blokiem oraz pluć na bezużyteczne stare babcie i ich pieski. Życie znowu staje się piękne, a im więcej w nim przymiotów widzę, tym bardziej odrealniam się i go unikam. 

Okazuje się, że rzeczywistość po powrocie z festiwali muzycznych jest jeszcze bardziej obmierzła niż przed wyjazdami. Własne życie jeszcze bardziej bezcelowe. Życie innych bez porównania lepsze. Tak, zazdrość to dziwaczne i infantylne uczucie. Może kiedyś uda mi się osiągnąć stan homeostazy bez porównywania się do znajomych, ale najprędzej nadal pozostanę dziecinną siksą, która zgrywa mądrzejszą niż jest.

środa, 17 sierpnia 2016

ja vs. siostra

Taki dialog o pierwszej w nocy.

Ja: Masz może pożyczyć ładowarkę do telefonu? Swoją zostawiłam w pracy.
Siostra: Żyjesz jak zwierzę.

sobota, 14 listopada 2015

miejsce na tytuł, na który nie mam pomysłu

Typowa sobota, podszyta egzystencjalnym niepokojem i nadmiarem czasu wolnego. Kieruję swoje udręczone alkoholem ciało w stronę najbliższej siłowni, a godzinny trening czyni ze mnie innego człowieka, neutralizując w pełni aldehyd octowy i kierując uwagę bardziej na zmęczenie mięśni niż lekko jeszcze szumiącą głowę.
Czasami zdarza mi się też z okazji dobrego rozpoczęcia królewskiego weekendu wstąpić do lokalnej Biedry przy Rondzie Matecznego, hipnotyzującej i przyciągającej promocjami, bo jakże nie skusić się na hummus tani jak barszcz (polecam pomidorowy for real) czy jogurty -20%?! No, właśnie. Idę więc i kupuję nie tylko hummus, jogurty, ale też mleko, kefir, bułkę z masłem czosnkowym, banany, pierogi ze szpinakiem; wszystko to jem oczami w drodze, ślinka mi cieknie, podczas gdy gotówka na koncie ubywa, ale nie mam czasu ubolewać nad swoją szaloną rozrzutnością, bo zawsze ktoś pyta mnie jeszcze jak dojść na Łagiewniki. A ja cierpliwie tłumaczę i choć do niedawna miałam problem ze wskazaniem choćby jednej najprostszej drogi, to teraz doświadczenie robi swoje i jestem prawdziwym specem - papież polak mógłby być ze mnie naprawdę dumny i może wybaczyłby mi nawet, że na co dzień zajmuję się zaawansowanym szkalowaniem jego osoby.
Zawsze tak jest w sobotę rano, myślę; tworzy ona swoiste durne pseudopętle, które w jakiś sposób zapamiętuję, wwiercają się uparcie w pamięć i wywołują podskórne odczucie niechcianej powtarzalności dnia. Urozmaicam więc czas, jak mogę, umierając ostatnio trochę bardziej dla świata, zamykając się w czterech jesiennych ścianach depresji i zbyt głośnej samotności. Dzisiaj dodatkowo mogę usprawiedliwić swój nastrój zamachami we Francji i empatycznym współodczuwaniem, którego nie nauczyłam się wbrew pozorom na treningu rozwoju osobistego. I słońce też za bardzo mi świeci po oczach. Bolą mnie mięśnie. Za dwa dni poniedziałek. Nie ma co, smutek na zawołanie i usta w podkówkę. Elo.

Dzisiaj jestem tym utworem i tym obrazkiem też jestem.






środa, 29 lipca 2015

najlepsze refleksje - godzina po fakcie

Nawet w tak bardzo kulturalnej stolicy - Krakowie nastało coś na kształt sezonu ogórkowego - już jakiś czas temu wyjechała stąd horda studentów, reszta podludzi opuszcza miasto dzisiaj z okazji festiwalu Brudstok, wygląda też, że tymczasowo ustały wojny LGBT, nawet mniej stoję w korkach i kolejkach w monopolowym wieczorem.
Wszystkie te aspekty sprawiają, że na nowo staję się łagodnym i trochę podszytym smutkiem kwiatem lotosu, upatrującym jakiejś powtarzalnej aktywności w podróżowaniu komunikacją miejską - z braku laku to właśnie ludzie w MPK stają się moim cichym obiektem refleksji. Zaczęłam codziennie rano wsiadać pierwszymi drzwiami w 194 i zawsze spotykam tam na pierwszym siedzeniu młodego chłopaka w stanie przypominającym katatonię. Wzrok ma utkwiony w jednym punkcie, nie porusza się, w uszach słuchawki, chyba nie mruga, ale przynajmniej wygląda na to, że oddycha. Wiem, że pracuje w banku BGŻ, bo na szyi ma smycz z jego logiem (ja w kieszeni noszę smycz POZDRO TECHNO, więc non comments) i ogólnie jest trochę przerażający z tym swoim bezruchem. Na przystanku centrum kongresowe stoi też zawsze blond kuc, z którym zazwyczaj łapię się wzrokiem, a pod błoniami wchodzi do autobusu zawsze ktoś z mojej pracy i spuszczam wzrok, żeby móc w spokoju słuchać acid house'u na iPodzie, a nie wdawać się w rozmowie o pogodzie, która dzisiaj przypomina mi o traumatycznej ulewie na Audioriverze i musie pisania relacji.

Ta notatka w mojej głowie wyglądała doskonalej i prowadziła do jakiejś błyskotliwej konkluzji, ale jak to bywa z moją radosną twórczością - lepiej gdyby została niezapisana. Czy jest gdzieś dostępny tutorial do nauki pisania morałów albo pociskania dyskretnej aczkolwiek hipnotyzującej grafomanii?

czwartek, 25 grudnia 2014

ekskluzywna relacja ze składania życzeń świątecznych

Nikomu nie trzeba specjalnie tłumaczyć, że składanie życzeń podczas kolacji wigilijnej to chyba najbardziej niepożądany moment rodzinnych i tradycyjnych świąt Bożego Narodzenia. Zazwyczaj klepie się w pośpiechu te same sprawdzone formuły, znane lepiej niż kilka pierwszych wersów "Pana Tadeusza" czy refren "Jak anioła głos", ale do standardowych zdrowiaszczęściapociechyzdzieciisukcesówwżyciuzawodowym każdy i tak dodaje kilka groszy od siebie, by sprawić, że owe życzenia stały się jedyną w swoim rodzaju inspiracją i panaceum na prowadzony dotąd lajfstajl.

Póki studiowałam rodzina życzyła mi ich skończenia i innych związanych z tym duperel, dlatego teraz po obronieniu swojej postępowej magisterki i znalezieniu pracy, byłam szalenie ciekawa, w jaki sposób zostanie mi zakomunikowane, że teraz czas na  męża / ślub, bo wiadomo, że tylko wokół tej kwestii może obracać się teraz opłatek, a "ja nie mogę się przełamać", ciągle (za Jackiem Podsiadło).

I w sumie szło im dość nieporadnie - było: "dawno nie byłam na żadnym weselu i bym się pobawiła", "szczęścia w życiu osobistym - no, wiesz, hehe", "znalezienia w końcu tego odpowiedniego partnera", ale w sumie nie pojawiło się nic żenującego i godnego pohejtowania.

Na szczęście uratowali sytuację moi mali kuzyni i kuzynki (lat 4, 6), życząc mi w zamian na przykład: "dużo mądrych książek", "pozostania nastolatką", "niechorowania na nowyotwór" (pisownia oryginalna) i "dużych cycków" (tak było).

Dobrze, że po życzeniach przychodzi czas na jedzenie i alkohol, bo o takich świętach właśnie marzę.


niedziela, 30 listopada 2014

ja jebię

"Dyskalkulia, dysleksja, dysgrafia - ja to wszystko nazywam jednym terminem: rozmiękczenie mózgu"

Słońce Balic (człowiek typu prof. dr hab. inż.)

niedziela, 2 listopada 2014

bla bla car po staszowsku

Każde szanujące się małe miasto, które wysyła swoich młodych mieszkańców na studia do większych ośrodków posiada pewnie na Facebooku bjedową grupę inspirowaną Bla Bla Carem, gdzie ogłasza się przejazdy między wymienionymi wyżej dwoma miejscami. I ja uczestniczę w tego rodzaju transporcie, bo wygodniej niż autobusem, szybciej niż autobusem i ciekawiej niż autobusem - wspólne podróżowanie jak zawsze kształtuje się w mojej głowie jako ciekawe zjawisko socjologiczne i przyczyna do poznania nowych, ciekawych znajomych, z którymi nie będę potem utrzymywać kontaktu. Jest cudownie.

Dzisiaj miałam okazję wracać do Krakowa i wyjazd ten był sponsorowany przez poznawanie nowych nutek, od których uwiędły mi uszy i muszę słuchać teraz bardzo dużo techno, żeby przestała mnie boleć głowa. Oczywiście cytuję:

1) Ale lubię twoje włosy

Glany, cienkie papierosy
Małą bliznę na kolanie
(I że) nie o wszystkim mówisz mamie

(...)

Lubię gdy jesteś zawzięta
Kiedy walczysz o zwierzęta
Że masz dziary w dziwnych miejscach
Że się kochasz przy Beatlesach


2) Mam 21 lat, mówią że jestem wrażliwy,
Jestem zakochany od lat w tej samej bogini



(...)

Z reguły jestem szczery, ale czasem kłamię,Choć gdy piszę, mówię prawdę, którą poznasz na pamięć,
Studiuję socjologię, moje ostatnie zaliczanie,
Poznałem patologię, choć dzieciństwo miałem fajne,
Mam szacunek do kobiet i wkurwia mnie jak ktoś nie ma




3) Co to jest za dziewczyna, czy ktoś podpowie mi?


Gdy ciało swe wygina - miód malina!
I nie ma drugiej takiej, co ciało takie ma.
Nie mogę się powstrzymać - miód malina!




4) Daj z siebie wszystko.Ziomek cel jest tak blisko.
Reprezentuj zawsze swe nazwisko.
Choć za rogiem wciąż czeka Mefisto.


5) Zaraz przyjdzie noc po nas, zaraz upłynie czas,takie same sny masz ty i ja


6) To jest ta słowiańska brać

Lubi dużo pić i spać
To jest ta słowiańska brać
Lubi pić i spać

(...)

Cleo, Donatan, Enej!
Lubi pić i spać


Na to wszystko mam jeden komentarz i jedno przesłanie, ziomek, ej: nie rozmnażajcie się, ej. XD

środa, 17 września 2014

cogito ergo sum

Wszędzie dobrze, ale przed kompem najlepiej - pomyślałam dzisiaj w odniesieniu do swojej przemijającej młodości.

poniedziałek, 8 września 2014

pytania graniczne

A tak w ogóle, jaka jest górna bariera wiekowa pisania bloga? Mowa tu oczywiście o tworze istniejącym sam dla siebie, a nie środku do robienia mamony i prezentowania swojego nudnego lajfstajlu. Nie ma nic na ten temat w netykiecie dla lamerów, a nie wiem, kiedy powinnam skończyć napawać się zbędnością swojej grafomanii i wziąć na poważnie prośby w stylu "usuń konto".

piątek, 25 kwietnia 2014

wielkanoc paranoją podszyta

Wyjazdy do mieszkania rodzinnego z okazji jakichś świąt to jak wchodzenie z własnej woli do paszczy lwa. Gdy skończą się już podszyte tęsknotą uściski, emocje i podniecenie opadną, to dość szybko i nagle okazuje się, że trzeba szybciutko umyć okna dla Jezusa i postać w kolejce w osiedlowym Tesco, gdzie dość łatwo o zadumę i ćwiczenie buddyjskiej cierpliwości. W końcu Wielkanoc czasem refleksji, trwania i wybaczania wszystkim chujewom ich win, nawet tym, którzy zabierają ci sprzed nosa ostatnią muffinkę do święconki.
Same przygotowania do świąt to tylko preludium do ich kolejnych etapów, z których najgorszym są objazdowe wizyty u bliższej i dalszej rodziny, która obchodzi mnie tyle, co zeszłoroczny śnieg. Co pół roku, gdy wpada się do krewnych na elegancki obiad czy tradycyjną świąteczną biesiadę, należy mieć gotowe odpowiedzi na pytania o studiach i planach na przyszłość, najlepiej zapisane na kartce lub w telefonie, by w razie demencji móc do nich zajrzeć. W cenie są też wątki zastępcze, skutecznie odwracające od tego tematu uwagę lub spontaniczna deklaracja picia wódeczki z wujkami - wtedy jakoś zakłada się, że lepiej zostawić pijanego w spokoju. Niestety, moje wcześniej przygotowane elaboraty się w tym roku na nic nie przydały, bo tematami przewodnimi była oczywiście kanonizacja papieża, polityka kościoła i kraju, a także wątek, który zdeklasował wszystkie poprzednie - planowany ślub i wesele mojego kuzyna.

Wiem, że z miłości się nie żartuje i to taki poważny temat, ale nie mogę się powstrzymać. W sumie wiadomo na razie tylko tyle, że mój kuzyn znalazł sobie dziewczynę i podobno wyrwał ją na swoje nowe BMW w dyskotece, ale rodzina dopowiada już resztę, bo przecież zawczasu trzeba wszystko zaplanować, salę zamówić dwa lata, ustalić świadków (oby nie ja), datę, a w wypadku moich podstarzałych ciotek kupić odpowiednio wcześniej kilka kreacji na zmianę... Bo jakby ktoś nie wiedział, fakt, że ktoś bierze ślub i zakłada rodzinę, to jest najlepsza wiadomość pod słońcem i nic nie może się z nią równać - praca, kariera, forsa, nowy level w Diablo czy promocja w ciucholandzie. Proste, wszyscy w czasach kryzysu cieszą się jak myszy do sera i chyba tylko ja nie wiem, o co w tym wszystkim chodzi. Dodatkowo mój mindfuck powiększa traumatyczny program "Chłopaki do wzięcia", który miałam nieprzyjemność przypadkiem zobaczyć podczas świąt i który polecam wszystkim z racji posiadanego człowieczeństwa - wzrusza, bawi, uczy i zmusza do egzystencjalnych pytań, takich jak: co to kurwa jest?, czy to dzieje się naprawdę?, dlaczego ja?

Dobrze, że święta wraz ze wszystkimi sałatkami, plackami, wódkami, kiedyś się kończą, zostawiając za sobą jedynie smutne postanowienia o odchudzaniu i zdjęcia zza stołu. Dzięki temu łatwiej spojrzeć w pełną nadziei przyszłość, symbolizowaną przez nadchodzącą majówkę. Warto żyć.

niedziela, 12 stycznia 2014

"nie dałem na owsiaka, bo nie wychodziłem dzisiaj z domu"

Ciekawe, czy dożyję czasów, kiedy to tematem przewodnim Wielkiej Orkiestry Świątecznej Pomocy będzie wsparcie bezrobotnych! Zgłaszam się na ochotnika do bycia objętą takim programem! Who's coming with me?

poniedziałek, 9 lipca 2012

czy już zasługuję na miano trendowej blogerki modowej?



Edyta Górniak - pierwsza polska / cygańska indie - Pocahontas w regionalnym showbizie, dziś w stylizacji (stylistyce?) inspirowanej ewidentnie kulturą Azteków. Jest egzotycznie, trochę tribal, boho, ethno, ale widać, że nieznany autor makijażu (call anonim 2) pomylił kontynenty: Ameryka Południowa to nie Indianie, podobnie jak biel cynkowa to nie crepe georgette, spódnica to nie sukienka, walonki to nie kalosze, o czym każda trendowa blogerka modowa powinna wiedzieć. Podobno jednak wielka sztuka bierze się z prowokacji (i przypadku), więc owo przeoczenie mogło być metaforycznym działaniem celowym (markjetingiem), by uwypuklić głębię, symultaniczność, jaką niesie za sobą szukanie trendów w potędze mody.

Jako dodatki polecam frędzle od dywanu, firanka makaron, dzidy do dziabania pola (zamiennie: proporczyki z odpustu), a także podkreślający osobowość tatuaż z motywami azteckimi, pod warunkiem, że nie kłóci się z wyznawaną religią. Ale jak jesteś gwiazdą, nie masz matury, to niezależnie czy jesteś buddystą, czy dziadkiem jehowym, z kas(i)ą Ci się upiecze.

poniedziałek, 25 czerwca 2012

wielka smuta 2012

Rychło w czas zdałam sobie sprawę, że od kiedy rychło w czas próbuję zająć się pisaniem pseudolicenjatu - symbolu mojego pseudowykształcenia WYŻSZEGO i potwierdzenia istnienia panującej wśród ludzkości choroby świadectw / certyfikatów / tytułów, słucham samych smutów z gatunków: lo-fi, acoustic, depressive electroreggae... Japierdolę, niedługo dojdę do przewracającego flaki j-rocka, albo styranej muzyki dla wyrafinowanej pulbitrząsi, którą to wrzuca na profile (piękny song, wrzucę na walla) facebooka w tych no, Internetach.

Zaczęłam szukać więc inspiracji do powrotu do korzeni dóbstepe, glicz i dark ambient, pytając siostry, czy słuchała nowej ep-ki Vlidislava Delaya, czy warto się z nią zapoznać, na co ona:

- Nie wiem, włączyłam, jak byłam pod prysznicem. HAHAHA.


HAHAHA. Myślałam, że tylko ja nabijam muzykę na last.fm, gdy śpię. Vlad is lav, bajbe don't hurt me, don't hurt me no more.


Szyderstwo z Wami!


piątek, 9 marca 2012

sms od siostry [2]

Podryw roku:
remont części akademika, jedzie gość taczkami i pyta mnie "to pani zamawiała taksówkę?"

niedziela, 8 maja 2011

W odpowiedzi na wrocławski performance na temat prób odnalezienia pracy po kierunku humanistycznym:


przedstawiamy alternatywę w postaci prób poszukiwania inspirującej pracy w trakcie ekskluzywnych studiów przyrodniczych:


sobota, 30 kwietnia 2011

Suchar dnia: podobno głupota nie zna granic. Pewnie skoro jest taka głupia, różniczek też ni w ząb.

poniedziałek, 25 kwietnia 2011

piątek, 18 marca 2011

Głupio mi tak z każdym problemem uciekać w chlanie w piwnicy, ale w sumie to lubię. Lubię to.


Agata Ogórek lubi to.

wtorek, 1 lutego 2011

http://bluntcard.com/launch/747.php

Zima. Apokaliptyczna końcówka stycznia, taki Fin de siècle dla ubogich w duchu, krakosko ulicą idzie para, heteroseksualna. Kobieta  szczebiocze:
- Misiu, ale jest zimno, matko matko, ręce mi marzną, zimno tak okropnie, jejku jejku, ale pada, bardzo bardzo zimno jest!

Mężczyzna, z opanowaniem:
- Jest zimno, BO JEST KURWA ZIMA.