środa, 6 stycznia 2016

Nowy rok to nie tylko nowa osobowość, zajęcia w wolnym czasie i zdrowy styl życia instant, ale także wydatki niespodziewanego sortu typu prozaiczna potrzeba kupna butów zimowych, dzięki której jeszcze bardziej negatywnie opiniuję w temacie śniegu i zimna. Bo oczywiście mogłabym przeznaczyć hajs na "przewodnik krytyki politycznej. muzyka" albo smartfon, chociaż w sumie pewnie i tak prędzej czy później je sobie sprawię. Bo w tym roku nie zamierzam sobie też niczego odmawiać.

Zdecydowanie bardziej wolałam bożonarodzeniowy grudzień, przypominający zapachem przedwiośnie marca niż kurwa melancholię bieli dla ubogich za oknem. Zawsze ilekroć jadę teraz rano do pracy, zastanawiam się, ile jeszcze będą nękać mnie egipskie ciemności zanim dojadę już do swojego centrum dowodzenia. Na moście grunwaldzkim palą się jeszcze świąteczne gigantyczne bombki, a na cracovii mijam odblaskowego smoka wawelskiego, który razi mnie po oczach.

W wolny dzień wstaję hedonistycznie o 10:00 rano i czytam podsumowanie roku na dwutygodnik.com, które z jednego artykułu odsyła mnie na 16 innych kart i nagle robi się 15:00, a ja nadal siedzę w pidżamie w łóżku. Muszę gdzieś spisać swoje postanowienia, mówię sobie, bo w końcu się w nich pogubię, szczególnie, że dziś wpadłam na kolejne, a jutro pewnie przyjdą kolejne i kolejne. Mianowicie to jest naprawdę genialne. Zapisuję się do szkoły haftu. Serio. Teraz. Do końca stycznia. Nie mogę opanować swojej ekstazy.

Świat postanowień i dążenie do durnej samorealizacji wciągają mnie do tego stopnia, że zaraz porzucę życie towarzyskie, a moja piramida Maslowa zostanie pozbawiona potrzeb fizjologicznych. Zen i bretarianizm, powiadam, tylko to może nas uratować.

poniedziałek, 4 stycznia 2016

Początek roku to i dla mnie czas wybitnej intensyfikacji wymyślania coraz to nowych, ale jednocześnie relatywnie możliwych do zrealizowania postanowień noworocznych, które próbują wymusić na mnie bliscy (zrób sobie w końcu prawo jazdy) lub które stawiam sobie ja. Oczywiście nowa ja, ta ambitna i poważna (czas najwyższy na nową dziarkę, muszę jechać na przynajmniej jeden festiwal zagraniczny, ale też zdam egzamin z TOEFL).

W sumie to nie czuję tego, że czas mija, podobnie jak nie czułam potrzeby świętowania w sylwestra, a mimo to wybrałam się do Berlina i wczoraj po 5 dniach z niego wróciłam w stanie deprywacji snu i lekkiego sentymentalnego smuteczku z narastającą potrzebą bawki asap. 

Było minęło, teraz jest już 2016 i siedzę w pracy, wszyscy mówią w kółko "witam w nowym roku", rzeka zamarzła, w autobusach grzeją, a Pitchfork zaczął publikować na nowo recenzje płyt po długiej przerwie. Podczas mojej nieobecności w sieci na szczęście nie pojawiły się żadne nowe albumy, bo i tak bez nich mam spore zaległości, a biorąc pod uwagę wszystkie moje ambitne postanowienia to mam jeszcze większe zaległości niż myślę. 

Ale pewne rzeczy się u mnie na szczęście nie zmieniają i mam na myśli to:

sobota, 14 listopada 2015

słowna sraczka

Czasami zdarza się jeszcze tak, że w sobotę decyduję się pozałatwiać na mieście sprawy, które miałabym zrobić w terminie późniejszym ("zrobię to dzisiaj, żeby jutro móc swobodnie udawać, że nie istnieję" - brzmi logicznie), ale jak to zwykle w życiu bywa - clue takich wyjść nie znajduje się w miejscach docelowych, ale w takich, do których trafiam przypadkiem, bo jestem gdzieś obok. Jako krakowski sztywniak-intelektualista w egzystencjalnym czarnym golfie (metafizycznym, mam nadzieję, że nie muszę tego dodawać) wiadomo, że trafiam zazwyczaj do taniej książki, obskurnej melinki czy lumpeksu z wyprzedażą - no przecież, że nie na lans kiermash ciuchów wyprodukowanych przez młodych-kreatywnych-polskich-artystów, targi śniadaniowe na dworcu głównym czy festiwal food trucków dla osób, które nie przejawiają wyższych procesów myślowych.
Dziś trafiłam do dawno nieodwiedzanej biblioteki na Rajskiej i jak to zwykle bywa, gdy nie planuję niczego wypożyczać: wyszłam z antologiami reportażu, tomikiem poezji Romana Bromboszcza i przewodnikiem po literaturze polskiej 1989-2010. (Czy mogło być lepiej?) Już oczyma wyobraźni widzę siebie rozłożoną na łóżku w pokoju, kiepującą papierosy z Czech do pustego kubka po czarnej kawie i studiującą tendencje literatury w przeciągu ostatnich 20 lat, by po name-checkingu móc uskuteczniać prowokacyjny name-dropping, bo tylko to się teraz liczy. Podobno.

Popołudniowe autobusy miejskie wypełnione są starszymi ludźmi, którym nie patrzę w oczy, żeby nie epatować swoją nieprzemijającą młodością. Wydaje mi się, że jesienią widać ich bardziej, podobnie jak mocniej uwidacznia się też przerażająca katatonia tłumu. Żeby jednak nie było tak, że zawsze najgorzej, to gdy otwierają się drzwi na przystanku, to do środka wpadają liście i jeszcze tylko brakuje "Kolorowego wiatru" jako muzyka w tle. A poza tym dobrze byłoby, gdyby było bardziej jasno i wiosennie, to może przestałabym pierdolić te sentymentalne dyrdymały.