środa, 9 sierpnia 2017

Ciężko uwierzyć, że terapia u mojego nieistniejącego psychoterapeuty powstrzymała moją sraczkę słowną na prawie rok. Na szczęście od powietrza, głodu, ognia, wojny i milczenia uchroniła mnie Dorota Masłowska za sprawą swoich felietonów. Czytam aktualnie "Jak przejąć kontrolę nad światem, nie wychodząc z domu" i duszę się przy okazji ze śmiechu w autobusach i pod kołdrą. Jakby ktoś zapłacił mi jeszcze za reklamę, mogłabym rekomendować tę pozycję jako lek na depresję, borderline i homoseksualizm.

Na nowo obudziły się we mnie zwały nienawiści do świata i nareszcie mogę w spokoju delektować się wizją rozdzierania moich zdziwaczałych kolegów z pracy oraz pluciem na wizerunek Kamila Bednarka na billboardzie hotelu Cracovia. Na nowo chce mi się komentować grubych ludzi i narzekać na gówniarzernię pod blokiem oraz pluć na bezużyteczne stare babcie i ich pieski. Życie znowu staje się piękne, a im więcej w nim przymiotów widzę, tym bardziej odrealniam się i go unikam. 

Okazuje się, że rzeczywistość po powrocie z festiwali muzycznych jest jeszcze bardziej obmierzła niż przed wyjazdami. Własne życie jeszcze bardziej bezcelowe. Życie innych bez porównania lepsze. Tak, zazdrość to dziwaczne i infantylne uczucie. Może kiedyś uda mi się osiągnąć stan homeostazy bez porównywania się do znajomych, ale najprędzej nadal pozostanę dziecinną siksą, która zgrywa mądrzejszą niż jest.

niedziela, 1 stycznia 2017

Jedni mądrzy ludzie powiadają, że jaki sylwester, taki cały nowy rok. Inni mądrzy ludzie z kolei twierdzą, że jaki Nowy Rok, taki cały nowy rok. Jeśli chodzi o mnie, to wolałabym jednak opcję pierwszą - chciałabym, żeby 2017 był złożony z zakupów w Biedronce, jedzenia wegańskich pierożków w stylu slow food na miachu połączonego z piciem kawy flat white z mlekiem bez laktozy, robienia się na bóstwo, a potem zabawie do rana NIŻ leżenia całego dnia przed komputerem i czytania pudelka. 

I w tym roku nie czułam jakoś zewu zabawy sylwestrowej - mus wyjścia gdzieś i odpowiadania na pytanie co się robiło od dawien dawna mocno mnie mierzi, poczucie krańcowości, jakieś umowne zamknięcie jednego etapu, wywołuje same gorzkie refleksje, a 1 stycznia niezmiennie kojarzy się z kacem i durnymi postanowieniami bez pokrycia. Wczoraj o północy oglądaliśmy z tarasu Forum Przestrzeni pokaz sztucznych ogni i zamiast głupio cieszyć się niewiadomoczym, zastanawialiśmy się, co jest gorsze: sylwester czy własne urodziny? Albo dlaczego ludzie tak dziwnie tańczą w kółkach lub w parach, skoro stanem normalnym jest samotne gibanie się do dj-ki?*

*Obowiązkowy cytat z "Lobstera"


Do powyższych zagwozdek z wczoraj, dochodzą też same poważne sprawy z dzisiaj.
1. "Miliony osób oglądały TVP w sylwestra. Największą oglądalność, sięgającą 5 mln, miał koncert piosenkarza disco polo, Zenona Martyniuka w Dwójce - wynika z komunikatu prasowego Telewizji Polskiej." - z artykułu TVP chwali się wynikami z sylwestra. Wszystkie robią wrażenie, ale król wieczoru był tylko jeden

2. Na Facebooku można już lajkować lajkowanie czegoś przez kogoś! "'w końcu można reagować na to, że ktoś polubił jakąś stronę! 2017 zapowiada się wspaniale"

3. Ludzie pytają na przykład: "jak tam ostatni utwór w 2016 i pierwszy wysłuchany w 2017?"- kluczowa sprawa, prawda? Nawet w sumie to nie tajemnica - wraz z pretensjonalnym 2017 JUST BE GOOD TO ME, obojętnie witam nowy rok z Beach House: smutno, ale szlachetnie.




piątek, 30 grudnia 2016

znowu to samo

Od miesiąca myślę o pisaniu i jak zwykle to bywa w moim przypadku, wtórny autotematyzm zawsze wygrywa z konkretną narracją, a teoria rzadko kiedy przechodzi do praktyki. Nie mniej jednak ręka nie przestaje mnie swędzieć, co jest zapewne znakiem, że powinnam przynajmniej spróbować coś z tym zrobić.

Przed nami naprawdę ostatnia prosta roku 2016, mimowolny czas podsumowań i tworzenia nierealnych postanowień na kolejne 365 dni, klimat schyłkowości z lekką nutą dekadencji w tonacji minorowej. Każdy nowy rok to oczywiście nowa ja - zdrowo odżywiająca się, kobieca, niewulgarna, ambitna, systematyczna czarująca, uprzejma, oszczędna i rozważna. Niezmienne pozostaje również dążenie do ideału: bogacenie słownictwa, częste wizyty w teatrze, poliglotyzm, bywanie na salonach, koleżanki wyłącznie z rodzin arystokratycznych, wokół tylko mężczyźni z klasą. Oczywiście do tego regularne godziny snu, regularne miesiączki i regularne godziny posiłków. Mam też nadzieję, że mój poziom paranoi samoistnie spadnie na rzecz apoteozy życia i celebracji momentów czy innej pretensjonalnej czynności wyzwolonych młodych kobiet, a życie przybierze znamiona idealności.

Tymczasem nadal unikam myślenia o sylwestrze i właściwie ponad wszystko pragnę zatopić się w filmie/serialu/książce/bezczasowości, nucąc pod nosem "It Was a Very Good Year" Franka Sinatry. Bo wydaje mi się, że taki właśnie dla mnie był - mimo wszystkich nawiedzających ludzkość tragedii i niespodziewanych śmierci, od których miał chronić nas Pan Buk. Daję 2016  wysokie noty, choć głośno się do tego nie przyznaję, żeby nie przedobrzyć, spuszczając zapobiegawczą zasłonę milczenia i kreując się na kobietę-enigmę. Czasiewpracy - mijaj fast forward!