Nadchodzi monolog. Jak wieczorem siadam przed komputerem zamiast uprawiać dżoging, fitness czy pić grzane wino z aromatycznymi goździkami i słodkimi pomarańczami i na domiar złego wyzuta jestem kreatywności, to jak mogę normalnie funkcjonować i kreować swoją blogową markę w Internetach? Spędziłam niby mega pozytywny lajfstajlowy dzień, w czasie którego wyraziłam wielokrotnie siebie za pomocą stylu ubrań, makijażu i opowieści sprzedanych koleżankom, ale pewnie nie słuchały, wybrałam odpowiednio ambitną książkę do czytania w autobusie, żeby pasażerowie uznali mnie za intelektualistkę, popatrzyłam smętnie w okno z feerią głębokich myśli i werterowskim westchnieniem ach. Jednocześnie odsiedziałam kilka godzin na zajęciach, byłam w nowym Lidlu przy AWF, gdzie kupiłam jogurt z datą ważności już na nowy rok 2013, wyobrażacie sobie i teraz repostuję ładne obrazki z chamskimi podpisami, a na fejsie dostaję jeszcze masę lajków za komentarze, czyli że jestem śmieszna i bawię tłumy. Kurewsko zabawny dzień na pełnym spontanie, który dedykuję wszystkim miłośnikom trendowym fanatykom metafor i prokrastynacji.
wtorek, 18 grudnia 2012
tęga rozkminka, po prostu
Miało być optymistycznie w ramach projektu idealizowania siebie i rzeczywistości realizowanego z funduszy Unii Europejskiej, trochę w opozycji do powszechnych końcoworocznych nastrojów apatii i uwypuklonego niechcemisię, ale najwyraźniej niektórym (czytaj: MI) niedane jest być wesołym Jasiem o zawsze happy sercu. Pracuję, co prawda, nad optymistycznym podejściem do świata przylepiając idealny smajl na twarz i daję się ponieść od czasu do czasu zanikom mojej melanchujni z klasą, ale zawsze jest to szarpane i ustępuje miejsca continous malkontenctwu. Nie potrafię się oprzeć, hejt rodzi się mimowolnie, jakby bezwarunkowo, na przykład ostatnio: gdy w tramwaju tłum w beretach napiera na mnie z torbami patrząc się spod byka, samochód mnie spektakularnie obryzga, małolaty puszczają polskie rapy ze swoich komóreczek, nie mogę połączyć się z Internetem w telefonie, słyszę zapętlające się świąteczne hity z dzwoneczkami albo zawsze ambitne nieschematyczne rozmowy przez telefon w autobusach, wszędzie mówią o nadchodzącym Bożym Narodzeniu i kupowanych prezentach zawsze niespodziankach, ludzie sypią swoje pseudomądre emocjonalne ekshibicjonizmy, znajomi wklejają na fejsbuka motta Paulo Coelho i mało śmieszne obrazki z gimbokwejka i jeszcze dostają za to masę lajków i serduszek, a blogerzy tworzą swoje wyjątkowe niespotykane i jedyne w swoim rodzaju podsumowania roku nieposiadającego konkretnego motywu, a to jeszcze nie wszystko!
< dygresja>
Wczoraj uświadomiłam sobie też, że wkurzający jest również Opener - bo czemu niby nie? Nie jarają mnie zapowiadane dotychczas headlinery, jestem za stara pewnie i nie znam się na dobrej muzyce, a na samą myśl o wydaniu w tym roku 550 zł (! ! !) na karnet upewniam się w fakcie, że raczej reprezentuję bjedę, której nie stać na Babie Doły w lipcu, peszek. Swoją drogą, Alter Alt pojechał też z koncertem The XX (również nie na moją kieszeń, bo za 150 zł to mogę sobie obskoczyć Taurona albo Offa), ale który już obszedł się szerokim echem i nie mogę o nim słuchać.
< /dygresja >
Niedobrze jest nienawidzić, podobno niezdrowo, mówią mądrzy ludzie i wszystkowiedzący psychologowie, ale przecież dopiero, jak określi się, kogo lub czego się nienawidzi, można stwierdzić, czy to dobrze czy źle, prawda? Ciężko w dzisiejszych forgery czasach być dobrym hejterem, podobnie jak ciężko być dobrym dresem, dobrym pisarzem i dobrym człowiekiem pewnie też niezałatwo. Zazwyczaj ilość przedkłada się nad jakość, a cynizmy przeplatają się mimowolnie z babskimi banalnymi sentymentami, przed którymi uciekam w hipokrytycznej pseudomasce kpiarstwa nihilizmu sarkazmu pogardy nienawiści złośliwości i jakoś to leci, samopas. Warto jednak pamiętać, że choć świat nie wierzy łzom, to hejterzy też czasami płaczą, a gdyby nie byli tak zblazowani, robiliby to częściej, podobnie jak pisaliby notatki z prawdziwą siłą rażenia. Ta też mogłaby być prawdziwym bangerem, ale nie umiem formuować błyskotliwych morałów, bo i po co?
Zapraszam do komentowania, to jest hejtowania w imię kodeksu Hammurabiego - oko za oko, hejt za hejt.
< dygresja>
Wczoraj uświadomiłam sobie też, że wkurzający jest również Opener - bo czemu niby nie? Nie jarają mnie zapowiadane dotychczas headlinery, jestem za stara pewnie i nie znam się na dobrej muzyce, a na samą myśl o wydaniu w tym roku 550 zł (! ! !) na karnet upewniam się w fakcie, że raczej reprezentuję bjedę, której nie stać na Babie Doły w lipcu, peszek. Swoją drogą, Alter Alt pojechał też z koncertem The XX (również nie na moją kieszeń, bo za 150 zł to mogę sobie obskoczyć Taurona albo Offa), ale który już obszedł się szerokim echem i nie mogę o nim słuchać.
< /dygresja >
Niedobrze jest nienawidzić, podobno niezdrowo, mówią mądrzy ludzie i wszystkowiedzący psychologowie, ale przecież dopiero, jak określi się, kogo lub czego się nienawidzi, można stwierdzić, czy to dobrze czy źle, prawda? Ciężko w dzisiejszych forgery czasach być dobrym hejterem, podobnie jak ciężko być dobrym dresem, dobrym pisarzem i dobrym człowiekiem pewnie też niezałatwo. Zazwyczaj ilość przedkłada się nad jakość, a cynizmy przeplatają się mimowolnie z babskimi banalnymi sentymentami, przed którymi uciekam w hipokrytycznej pseudomasce kpiarstwa nihilizmu sarkazmu pogardy nienawiści złośliwości i jakoś to leci, samopas. Warto jednak pamiętać, że choć świat nie wierzy łzom, to hejterzy też czasami płaczą, a gdyby nie byli tak zblazowani, robiliby to częściej, podobnie jak pisaliby notatki z prawdziwą siłą rażenia. Ta też mogłaby być prawdziwym bangerem, ale nie umiem formuować błyskotliwych morałów, bo i po co?
Zapraszam do komentowania, to jest hejtowania w imię kodeksu Hammurabiego - oko za oko, hejt za hejt.
poniedziałek, 17 grudnia 2012
ble ble ble
Ostatnie dni grudnia biegną jakby bardziej leniwie, niezauważenie, a każdy, także ja, marzy przede wszystkim krótkoterminowo: o weekendzie, choć ledwo się skończył, by jak najszybciej skończyć zajęcia, nim się jeszcze dobrze nie zaczną, rzucić wszystko w pizdu, wyjść w miasto, zlać się w mniej lub bardziej szarym tłumie i klepać powtarzalne teksty na mniej lub bardziej poważne tematy w bezkarnie przewijającym się człowieczym badziewnym braku indywidualności i pijackiej beztrosce. Wydaje się, że w związku z końcówką roku, kiedy to ludziom odjebuje od dobrobytu, można po prostu więcej i w żadnym wypadku nikomu nie będzie przeszkadzać propagowanie banalnych haseł w stylu jingle bells oraz oczekiwanie samospadającej z nieba rewolucji jako wyniku nielogicznej ludzkiej naiwności, że w ciągu tych ostatnich dni stanie się coś znaczącego i fantastycznego, bo nikt tego najzwyczajniej w świecie nie zauważy, pochłonięty swoimi arcyważnymi sprawami pt: naśladowanie celebrowania atmosfery Bożego Narodzenia by przypominało to z katalogu Avonu czy romantycznej sesji Anji Rubik, lansowanie przepisów na wyszukane własnoręcznie wykonane dania, zajmowanie kolejki w Tesco, kupowanie żywego karpia na zapas, układanie w głowie kolejnego podsumowania roku, życzeń na wigilię czy wyrzeczeń na czas adwentu.
Mimo iż miasto wygląda jak zaawansowana hybryda kilku pór roku za wyjątkiem zimy oczywiście, to daje się bezbłędnie odczuć klimat końca roku, tak charakterystyczny w swojej pseudodekadencji i pseudonostalgii, podczas gdy ja stale babram się w odtwórcznym narzekaniu na wszystko dookoła i smutkowaniu między wersami, drinkami, płytami spływającymi na mój dysk. Dzień jak co dzień.
Mimo iż miasto wygląda jak zaawansowana hybryda kilku pór roku za wyjątkiem zimy oczywiście, to daje się bezbłędnie odczuć klimat końca roku, tak charakterystyczny w swojej pseudodekadencji i pseudonostalgii, podczas gdy ja stale babram się w odtwórcznym narzekaniu na wszystko dookoła i smutkowaniu między wersami, drinkami, płytami spływającymi na mój dysk. Dzień jak co dzień.
Subskrybuj:
Posty (Atom)