piątek, 20 kwietnia 2018

Ostatnio próbowałam opylić swój karnet na Off Camerę za pośrednictwem wszechmocnego internetu i wrzuciłam post o treści handlującej na forum zrzeszające fanów Oli Radomiak z Piotrkowa Trybunalskiego z jej nieistniejącego już fanpage. Oczywiście nie sprzedałam karnetu, bo biednemu zawsze wiatr w oczy, a Polska nie wspiera singli tylko zawsze prawdziwa rodzina chłopak i dziewczyna, ale wartość dodana tej sytuacji jest taka, ze kompletnie nieznana mi osoba napisała, ze czyta(ła) mojego - tego oto - bloga. To był hit, bo przypomniałam sobie o jego istnieniu!

To nie tak, ze nie mam już o czym pisać, bo wiadomo że intensywne życie to moja specjalność, refleksje na temat opłakanego stanu rzeczywistości pojawiają się w okamgnieniu, język dalej ostry jak brzytwa, a notatki niezmiennie bez puenty, ale jakoś rozmywa mi się to pisanie, nawet jeśli przyczyny do narzekania to studnia bez dna - nie oszukujmy się.

Teraz siedzę w zielonym Flix busie odartym całkowicie z polskości - wszystko tu w europejskich standardach poza zapachem ciał i jedzenia pasażerów, ale to chyba woń dumy i patriotyzmu. Wleczemy się do Wrocławia, mądrego (według czołówki z "pierwszej miłości") miasta i wolałabym swój nowy tryb życia komiwojażera realizować w pociągach, bo są bardziej romantyczne, ale co tam. Kiedyś będzie lepiej, a już na pewno w długi weekend. Planuję wejść w kolejny sposób prowadzenia niehigienicznego trybu życia i gdy wszyscy wyjeżdżają grać w zielone, tak ja będę biała jak ściana od siedzenia w kinie na Off Camerze (skoro już nie sprzedaję tego karnetu). Co roku powtarzam sobie: tylko dwa filmy dziennie, a wychodzi tak jak zawsze - po minimum cztery i mentalny OIOM. Ale do piekła idzie się chyba tylko za nieumiarkowanie w jedzeniu i piciu, a nie w oglądaniu filmów, więc może jeszcze zbawienie nadejdzie. Wam i sobie życzę więc pomyślności Bożej na ten nadchodzący weekend.
Pisanie na komórce nadal jest chujowe.

wtorek, 16 stycznia 2018

W poniedziałek był oficjalnie blue monday, który zamienił się nieoczekiwanie w pink monday: uśmiechałam się bez powodu pod nosem, dzieciaki w mijającym mnie autobusie MPK machały radośnie przez szybę w moją stronę i odkryłam masę nowej muzyki, która niezmiennie poprawia mi humor.
Dla równowagi neutralny wtorek zamienił się failure / collapse / disaster tuesday z moim pierwszym załamaniem nerwowym w tym roku. Śmieję się i żartuję, a tak naprawdę ślina więźnie mi w gardle i co 5 minut zbiera mi się na płacz. Jeśli tak zachowuję się nie mając na karku nawet trzydziestu lat, to co dopiero będzie jak dosięgnie mnie menopauza? Kobieta jest murzynem świata i niech ktoś mi tylko powie, że nie.

środa, 10 stycznia 2018

Czuję, że słowo SRYGGE to słowo, na które czekałam cały zeszły rok. Odkąd odnalazłam je dzięki wierszowi Łukasza Podgórniego, moje przeczucie mówi, że będzie to symbol 2018, a poza tym nieuświadomiona dotąd metafora mojego życia. Oto srygge - czyli hygge po polsku, na odwyrtkę, niepoprawnie, tak czy srak.

Dlaczego mogę powiedzieć, że srygge dominuje w 2018, który przecież dopiero co się zaczął?
1. Moja siostra pyta mnie jak u mnie w pracy komentowali galę sportu. Pytam: jaką galę sportu? O co chodzi? U mnie w pracy nadal wałkuje się instytutowy jubileusz 50-lecia oraz schizofreniczną wizję naszego mikroświata, a o bożym świecie dalej nikt nie wie. Nihil novi 2018.

2. Krakowskie MPK wprowadziło stałe zmiany w funkcjonowaniu komunikacji miejskiej od 8 stycznia 2018, nazwane optymalizacją. Piękne jest to, że mimo upływu dwóch dni nie widzę żadnych różnic. Autobusy jeżdżą tak samo ciulowo, tak samo się spóźniają, a nad miastem tak samo wisi smog i beznadzieja. Już nie mogę doczekać się przedłużenia karty miejskiej.

3. Nadal nie dotrzymuję obietnic i nie przestrzegam postanowień. Przykłady? Mój bullet journal dalej leży i kwiczy, w związku z tym na pewno i pod koniec 2018 nie będę wiedzieć, co istotnego zdarzyło się w moim życiu (boję się myśli, że nic się w nim nie dzieje). Ponadto boję się zadzwonić do instruktora i umówić się na jazdy prawo jazdy.

Czy kiedyś wygramolę się ze swojego rozciamciania?

czwartek, 2 listopada 2017

padaka listopadowa

Dzień ustawowo wolny od pracy w środku tygodnia to swego rodzaju fanaberia. Człowiek jak zawsze cieszy się na choć mikrą chwilę wytchnienia i naplanuje sobie moc konstruktywnych czynności na czele z nauką ekonomiki i analizą kryteriów wyboru konkretnej formy działalności prawno-organizacyjnej przedsiębiorstwa (specjalnie napisałam tak długo, żeby brzmiało mądrzej), a wychodzi jak zawsze. Czyli najpierw obijam się po wirtuozersku oglądając serial "Mindhunter" i przeglądając zaległości na Instagramie (kluczowe), a potem wpadam w ciąg jeszcze mniej logicznych decyzji podejmowanych w pozie leżącej w barłogu. Zapisuję się na bezpłatny kurs teorii muzycznych w związku z przypomnieniem sobie o mojej zalegającej karierze DJ-ki, odgrzebuję stare podręczniki do nauki języka migowego, a potem tworzę ranking ciekawych nagrobków na krakowskich cmentarzach. Dopiero późnym wieczorem przychodzi czas na właściwe zadania, wyznaczonych na dzisiejszy dzień, który wydaje mi się sobotą i jak zwykle podane zostają w zestawie z paniką, histerią i wyrzutami sumienia. Znowu sanatorium wygrało nad obowiązkowością, a wszystkie obietnice nijak miały się do rzeczywistości. Mówcie co chcecie, ale prokrastynacja to choroba cywilizacyjna i mam nadzieję, że się kiedyś z niej ocknę, bo rok mija a: 
- moje postanowienia z początku roku leżą i kwiczą
- moje obowiązki bieżące też leżą i kwiczą
- moje życie tym bardziej leży i kwiczy.

Na koniec w ramach jeszcze bardziej negatywnego akcentu wymowny nagrobek Zbigniewa Wodeckiego z Rakowic

i depresyjne westchnienie dekadencko-końcoworoczne: eeech!

poniedziałek, 21 sierpnia 2017

Ostatnio w pracy słucham sporo italo house'u i o dziwo, nurt ten został przyjęty dość ciepło przez ludzi, którzy od czasu do czasu wpadają do mojego pokoju coś załatwić (kategoria: profesorowie, docenci, doktorzy). Słyszę:
"Fajna muzyka"
"To radio?"
"Oj, coś chillowo tutaj"
"Co to za wakacyjne melodie"
Sytuacja podbudowuje mnie z lekka, ale nie mam jednocześnie też siły tłumaczyć ludziom, że te wyszukane składanki to efekty moich długotrwałych diggów, że italo house to jedna z odmian italo disco i że muzyka techno to nie jest tępe łupanie. Grzecznie kiwam głową z uśmiechem Mona Lisy i wracam do rozmyślań na temat pamięci i sensu życia. 

Summertime sadness nie omija nawet najlepszych, jak widać. Niezmiennie irytuje mnie mój narastający brak umiejętności podejmowania decyzji i babrania się w wątpliwościach. Tym razem nie mogę wybrać nowych oprawek okularów i tatuażu, zmusić się do poszukiwań nowej pracy oraz rozpoczęcia jeżdżenia w związku z prawem jazdy. Dorosłość to jakaś pomyłka - wydaje mi się, że nie istnieje i karmimy się jej wizją, podobnie jak wizją szczęśliwej miłości aż po grób i opłacalnych promocji w Almie. Ech.

środa, 9 sierpnia 2017

Ciężko uwierzyć, że terapia u mojego nieistniejącego psychoterapeuty powstrzymała moją sraczkę słowną na prawie rok. Na szczęście od powietrza, głodu, ognia, wojny i milczenia uchroniła mnie Dorota Masłowska za sprawą swoich felietonów. Czytam aktualnie "Jak przejąć kontrolę nad światem, nie wychodząc z domu" i duszę się przy okazji ze śmiechu w autobusach i pod kołdrą. Jakby ktoś zapłacił mi jeszcze za reklamę, mogłabym rekomendować tę pozycję jako lek na depresję, borderline i homoseksualizm.

Na nowo obudziły się we mnie zwały nienawiści do świata i nareszcie mogę w spokoju delektować się wizją rozdzierania moich zdziwaczałych kolegów z pracy oraz pluciem na wizerunek Kamila Bednarka na billboardzie hotelu Cracovia. Na nowo chce mi się komentować grubych ludzi i narzekać na gówniarzernię pod blokiem oraz pluć na bezużyteczne stare babcie i ich pieski. Życie znowu staje się piękne, a im więcej w nim przymiotów widzę, tym bardziej odrealniam się i go unikam. 

Okazuje się, że rzeczywistość po powrocie z festiwali muzycznych jest jeszcze bardziej obmierzła niż przed wyjazdami. Własne życie jeszcze bardziej bezcelowe. Życie innych bez porównania lepsze. Tak, zazdrość to dziwaczne i infantylne uczucie. Może kiedyś uda mi się osiągnąć stan homeostazy bez porównywania się do znajomych, ale najprędzej nadal pozostanę dziecinną siksą, która zgrywa mądrzejszą niż jest.

niedziela, 1 stycznia 2017

Jedni mądrzy ludzie powiadają, że jaki sylwester, taki cały nowy rok. Inni mądrzy ludzie z kolei twierdzą, że jaki Nowy Rok, taki cały nowy rok. Jeśli chodzi o mnie, to wolałabym jednak opcję pierwszą - chciałabym, żeby 2017 był złożony z zakupów w Biedronce, jedzenia wegańskich pierożków w stylu slow food na miachu połączonego z piciem kawy flat white z mlekiem bez laktozy, robienia się na bóstwo, a potem zabawie do rana NIŻ leżenia całego dnia przed komputerem i czytania pudelka. 

I w tym roku nie czułam jakoś zewu zabawy sylwestrowej - mus wyjścia gdzieś i odpowiadania na pytanie co się robiło od dawien dawna mocno mnie mierzi, poczucie krańcowości, jakieś umowne zamknięcie jednego etapu, wywołuje same gorzkie refleksje, a 1 stycznia niezmiennie kojarzy się z kacem i durnymi postanowieniami bez pokrycia. Wczoraj o północy oglądaliśmy z tarasu Forum Przestrzeni pokaz sztucznych ogni i zamiast głupio cieszyć się niewiadomoczym, zastanawialiśmy się, co jest gorsze: sylwester czy własne urodziny? Albo dlaczego ludzie tak dziwnie tańczą w kółkach lub w parach, skoro stanem normalnym jest samotne gibanie się do dj-ki?*

*Obowiązkowy cytat z "Lobstera"


Do powyższych zagwozdek z wczoraj, dochodzą też same poważne sprawy z dzisiaj.
1. "Miliony osób oglądały TVP w sylwestra. Największą oglądalność, sięgającą 5 mln, miał koncert piosenkarza disco polo, Zenona Martyniuka w Dwójce - wynika z komunikatu prasowego Telewizji Polskiej." - z artykułu TVP chwali się wynikami z sylwestra. Wszystkie robią wrażenie, ale król wieczoru był tylko jeden

2. Na Facebooku można już lajkować lajkowanie czegoś przez kogoś! "'w końcu można reagować na to, że ktoś polubił jakąś stronę! 2017 zapowiada się wspaniale"

3. Ludzie pytają na przykład: "jak tam ostatni utwór w 2016 i pierwszy wysłuchany w 2017?"- kluczowa sprawa, prawda? Nawet w sumie to nie tajemnica - wraz z pretensjonalnym 2017 JUST BE GOOD TO ME, obojętnie witam nowy rok z Beach House: smutno, ale szlachetnie.




piątek, 30 grudnia 2016

znowu to samo

Od miesiąca myślę o pisaniu i jak zwykle to bywa w moim przypadku, wtórny autotematyzm zawsze wygrywa z konkretną narracją, a teoria rzadko kiedy przechodzi do praktyki. Nie mniej jednak ręka nie przestaje mnie swędzieć, co jest zapewne znakiem, że powinnam przynajmniej spróbować coś z tym zrobić.

Przed nami naprawdę ostatnia prosta roku 2016, mimowolny czas podsumowań i tworzenia nierealnych postanowień na kolejne 365 dni, klimat schyłkowości z lekką nutą dekadencji w tonacji minorowej. Każdy nowy rok to oczywiście nowa ja - zdrowo odżywiająca się, kobieca, niewulgarna, ambitna, systematyczna czarująca, uprzejma, oszczędna i rozważna. Niezmienne pozostaje również dążenie do ideału: bogacenie słownictwa, częste wizyty w teatrze, poliglotyzm, bywanie na salonach, koleżanki wyłącznie z rodzin arystokratycznych, wokół tylko mężczyźni z klasą. Oczywiście do tego regularne godziny snu, regularne miesiączki i regularne godziny posiłków. Mam też nadzieję, że mój poziom paranoi samoistnie spadnie na rzecz apoteozy życia i celebracji momentów czy innej pretensjonalnej czynności wyzwolonych młodych kobiet, a życie przybierze znamiona idealności.

Tymczasem nadal unikam myślenia o sylwestrze i właściwie ponad wszystko pragnę zatopić się w filmie/serialu/książce/bezczasowości, nucąc pod nosem "It Was a Very Good Year" Franka Sinatry. Bo wydaje mi się, że taki właśnie dla mnie był - mimo wszystkich nawiedzających ludzkość tragedii i niespodziewanych śmierci, od których miał chronić nas Pan Buk. Daję 2016  wysokie noty, choć głośno się do tego nie przyznaję, żeby nie przedobrzyć, spuszczając zapobiegawczą zasłonę milczenia i kreując się na kobietę-enigmę. Czasiewpracy - mijaj fast forward!

środa, 17 sierpnia 2016

ja vs. siostra

Taki dialog o pierwszej w nocy.

Ja: Masz może pożyczyć ładowarkę do telefonu? Swoją zostawiłam w pracy.
Siostra: Żyjesz jak zwierzę.

środa, 8 czerwca 2016

Robię sobie RTG klatki piersiowej. Radiolog patrzy na mój tatuaż na plecach i pyta, czy jestem po rehabilitacji.

#WTF

środa, 1 czerwca 2016

hello june, be good to me rzygi

Po burzy. Jaskółki znowu latają wysoko, a wąsate janusze mogą wrócić na parapety/balkony sąsiadujących bloków i na nowo prezentować sobie a muzom wylewające się brzuchy, klapki kubota, sumiaste wąsy. Yes, it's hunting season. In Poland.

sobota, 26 marca 2016

wielkanoc

Siostra zapytała mnie dzisiaj z dupy, czy gdyby u rodziców w domu nie było internetu, to przyjeżdżałabym tutaj na święta.

Uwierzcie, ale miałam poważny problem z odpowiedzeniem na to pytanie.

niedziela, 13 marca 2016

weekend marnotrawny

Powroty zawsze bywają pod wieloma względami trudne, szczególnie jeśli wraca się z jednej chujozy do drugiej, wokół nie widać szans na ratunek, rokowania nie dają żadnej nadziei, a weekend niezależnie gdzie spędzony stoi pod znakiem totalnego zmarnotrawienia. Zapomniałabym jeszcze, że wracanie gdziekolwiek skądkolwiek i pocokolwiek nabiera dodatkowych zgniłych barw gdy wraca się polskim busem, gdzie w ciszy konsumuje się kanapki z pasztetem, pije piwa i śmierdzi cebulą.
Nie pomaga humus, James Blake ani antologia reportażu, a brak przestrzeni intymnej uniemożliwia mi pobicie kogoś bez konsekwencji albo wykonanie kilku pokojowych asan jogi. Ratuj mnie mały wiosenny boże przed ogólną klęską dnia jutrzejszego, a jeszcze bardziej przed kolejnym nadchodzącym weekendem, którego z założenia nienawidzę jak psa i marzę o jego delegalizacji. 

Rozmowy ze znajomymi utwierdzają mnie, że między nami niewiele się zmienia i jednocześnie wprawiają w jeszcze większe przygnębienie, które noszę gdzieś na co dzień w głębi i tłumię ostatnio nowym sezonem "House of Cards". Przy naleśnikach ze smażonymi truskawkami i koksem na końcu świata rozmawiamy, że nic już nam nie sprawia tak właściwie przyjemności, nie obchodzi nas to, co mają do powiedzenia pisarze na spotkaniach autorskich, wszystkie filmy wydają się podobne do siebie, a niektórych książek mogłyśmy nie czytać, by żyć dalej szczęśliwie i w błogiej nieświadomości. 
U naszych znajomych imprezowiczów-klubowiczów po przekroczeniu trzydziestego czy trzydziestego piątego roku życia niewiele się zmieniło w ciągu lat: dalej uskuteczniają swój nocny tryb życia, pierdolą konwenanse i żyją weekendem, co trochę mnie przeraża. Sama żyję od pewnego momentu obawą, że w ciągu najbliższych miesięcy techno mi się znudzi i nie będę miała żadnej alternatywy rozrywkowo-przyjemnościowej, ale z drugiej strony powinnam bać się też opcji spędzenia w stanie stacjonarnym muzyki elektronicznej kolejnych lat swojego życia.

W sumie to chciałam tylko powiedzieć, że marnotrawstwem czasu wydaje mi się wyjazd, który uskuteczniłam w ten weekend. Chciałam tylko dobrze się bawić, a wracam z wkurwieniem do kwadratu, bo wcale nie spędziłam mile czasu na docelowych czynnościach i widzę je teraz jako gigantyczny wyrzut sumienia, z którego nie mam gdzie się wyspowiadać i dostać rozgrzeszenia. Próżność i nonsensowność wysycam życiem offline, częściowo działa.

poniedziałek, 11 stycznia 2016

David Bowie

Już jak jechałam do pracy snułam podświadomie typowe rozmyślania nad tym, że styczeń jest jak poniedziałek roku, a poniedziałek z kolei niezmiennie i zawsze jest murzynem tygodnia, a myślałam tak oczywiście zrezygnowana & zupełnie nieświadoma tego, że David Bowie w tym samym czasie już nie żyje. [tzw. wiadomość dnia]
Oto wszem i wobec dziś dzień bierze więc z zasady w łeb, zdominowany zdjęciami i teledyskami Ziggy Stardusta. W tym samym czasie rosną też słupki popularności artysty na Spotify, rośnie sprzedaż jego płyt, gadżetów i wyświetleń na youtube, rośnie bezwzględna ilość łez fanów, a normalni ludzie zapewne wzruszają ramionami i przeglądają dalej internety. Typówka. No, mi jest smutno, co wiążę też jednocześnie z podskórnym strachem przed śmiercią wielkich.

Myślałam, że dziś dzień powita mnie ogłoszeniami wyników Złotych Globów, zamiast tego mam kolejny smogowo-smutny poniedziałek w zawsze minorowym Krakowie, a w Trójce gra David Bowie. Życie jednak potrafi nadal mnie zaskoczyć, szkoda, że zawsze robi to w najbardziej chujowy możliwy sposób. Niech to szlag.

(obojętnieję nawet na próżne posty z sukienkami na Globach)

środa, 6 stycznia 2016

Nowy rok to nie tylko nowa osobowość, zajęcia w wolnym czasie i zdrowy styl życia instant, ale także wydatki niespodziewanego sortu typu prozaiczna potrzeba kupna butów zimowych, dzięki której jeszcze bardziej negatywnie opiniuję w temacie śniegu i zimna. Bo oczywiście mogłabym przeznaczyć hajs na "przewodnik krytyki politycznej. muzyka" albo smartfon, chociaż w sumie pewnie i tak prędzej czy później je sobie sprawię. Bo w tym roku nie zamierzam sobie też niczego odmawiać.

Zdecydowanie bardziej wolałam bożonarodzeniowy grudzień, przypominający zapachem przedwiośnie marca niż kurwa melancholię bieli dla ubogich za oknem. Zawsze ilekroć jadę teraz rano do pracy, zastanawiam się, ile jeszcze będą nękać mnie egipskie ciemności zanim dojadę już do swojego centrum dowodzenia. Na moście grunwaldzkim palą się jeszcze świąteczne gigantyczne bombki, a na cracovii mijam odblaskowego smoka wawelskiego, który razi mnie po oczach.

W wolny dzień wstaję hedonistycznie o 10:00 rano i czytam podsumowanie roku na dwutygodnik.com, które z jednego artykułu odsyła mnie na 16 innych kart i nagle robi się 15:00, a ja nadal siedzę w pidżamie w łóżku. Muszę gdzieś spisać swoje postanowienia, mówię sobie, bo w końcu się w nich pogubię, szczególnie, że dziś wpadłam na kolejne, a jutro pewnie przyjdą kolejne i kolejne. Mianowicie to jest naprawdę genialne. Zapisuję się do szkoły haftu. Serio. Teraz. Do końca stycznia. Nie mogę opanować swojej ekstazy.

Świat postanowień i dążenie do durnej samorealizacji wciągają mnie do tego stopnia, że zaraz porzucę życie towarzyskie, a moja piramida Maslowa zostanie pozbawiona potrzeb fizjologicznych. Zen i bretarianizm, powiadam, tylko to może nas uratować.

poniedziałek, 4 stycznia 2016

Początek roku to i dla mnie czas wybitnej intensyfikacji wymyślania coraz to nowych, ale jednocześnie relatywnie możliwych do zrealizowania postanowień noworocznych, które próbują wymusić na mnie bliscy (zrób sobie w końcu prawo jazdy) lub które stawiam sobie ja. Oczywiście nowa ja, ta ambitna i poważna (czas najwyższy na nową dziarkę, muszę jechać na przynajmniej jeden festiwal zagraniczny, ale też zdam egzamin z TOEFL).

W sumie to nie czuję tego, że czas mija, podobnie jak nie czułam potrzeby świętowania w sylwestra, a mimo to wybrałam się do Berlina i wczoraj po 5 dniach z niego wróciłam w stanie deprywacji snu i lekkiego sentymentalnego smuteczku z narastającą potrzebą bawki asap. 

Było minęło, teraz jest już 2016 i siedzę w pracy, wszyscy mówią w kółko "witam w nowym roku", rzeka zamarzła, w autobusach grzeją, a Pitchfork zaczął publikować na nowo recenzje płyt po długiej przerwie. Podczas mojej nieobecności w sieci na szczęście nie pojawiły się żadne nowe albumy, bo i tak bez nich mam spore zaległości, a biorąc pod uwagę wszystkie moje ambitne postanowienia to mam jeszcze większe zaległości niż myślę. 

Ale pewne rzeczy się u mnie na szczęście nie zmieniają i mam na myśli to:

sobota, 14 listopada 2015

słowna sraczka

Czasami zdarza się jeszcze tak, że w sobotę decyduję się pozałatwiać na mieście sprawy, które miałabym zrobić w terminie późniejszym ("zrobię to dzisiaj, żeby jutro móc swobodnie udawać, że nie istnieję" - brzmi logicznie), ale jak to zwykle w życiu bywa - clue takich wyjść nie znajduje się w miejscach docelowych, ale w takich, do których trafiam przypadkiem, bo jestem gdzieś obok. Jako krakowski sztywniak-intelektualista w egzystencjalnym czarnym golfie (metafizycznym, mam nadzieję, że nie muszę tego dodawać) wiadomo, że trafiam zazwyczaj do taniej książki, obskurnej melinki czy lumpeksu z wyprzedażą - no przecież, że nie na lans kiermash ciuchów wyprodukowanych przez młodych-kreatywnych-polskich-artystów, targi śniadaniowe na dworcu głównym czy festiwal food trucków dla osób, które nie przejawiają wyższych procesów myślowych.
Dziś trafiłam do dawno nieodwiedzanej biblioteki na Rajskiej i jak to zwykle bywa, gdy nie planuję niczego wypożyczać: wyszłam z antologiami reportażu, tomikiem poezji Romana Bromboszcza i przewodnikiem po literaturze polskiej 1989-2010. (Czy mogło być lepiej?) Już oczyma wyobraźni widzę siebie rozłożoną na łóżku w pokoju, kiepującą papierosy z Czech do pustego kubka po czarnej kawie i studiującą tendencje literatury w przeciągu ostatnich 20 lat, by po name-checkingu móc uskuteczniać prowokacyjny name-dropping, bo tylko to się teraz liczy. Podobno.

Popołudniowe autobusy miejskie wypełnione są starszymi ludźmi, którym nie patrzę w oczy, żeby nie epatować swoją nieprzemijającą młodością. Wydaje mi się, że jesienią widać ich bardziej, podobnie jak mocniej uwidacznia się też przerażająca katatonia tłumu. Żeby jednak nie było tak, że zawsze najgorzej, to gdy otwierają się drzwi na przystanku, to do środka wpadają liście i jeszcze tylko brakuje "Kolorowego wiatru" jako muzyka w tle. A poza tym dobrze byłoby, gdyby było bardziej jasno i wiosennie, to może przestałabym pierdolić te sentymentalne dyrdymały.

miejsce na tytuł, na który nie mam pomysłu

Typowa sobota, podszyta egzystencjalnym niepokojem i nadmiarem czasu wolnego. Kieruję swoje udręczone alkoholem ciało w stronę najbliższej siłowni, a godzinny trening czyni ze mnie innego człowieka, neutralizując w pełni aldehyd octowy i kierując uwagę bardziej na zmęczenie mięśni niż lekko jeszcze szumiącą głowę.
Czasami zdarza mi się też z okazji dobrego rozpoczęcia królewskiego weekendu wstąpić do lokalnej Biedry przy Rondzie Matecznego, hipnotyzującej i przyciągającej promocjami, bo jakże nie skusić się na hummus tani jak barszcz (polecam pomidorowy for real) czy jogurty -20%?! No, właśnie. Idę więc i kupuję nie tylko hummus, jogurty, ale też mleko, kefir, bułkę z masłem czosnkowym, banany, pierogi ze szpinakiem; wszystko to jem oczami w drodze, ślinka mi cieknie, podczas gdy gotówka na koncie ubywa, ale nie mam czasu ubolewać nad swoją szaloną rozrzutnością, bo zawsze ktoś pyta mnie jeszcze jak dojść na Łagiewniki. A ja cierpliwie tłumaczę i choć do niedawna miałam problem ze wskazaniem choćby jednej najprostszej drogi, to teraz doświadczenie robi swoje i jestem prawdziwym specem - papież polak mógłby być ze mnie naprawdę dumny i może wybaczyłby mi nawet, że na co dzień zajmuję się zaawansowanym szkalowaniem jego osoby.
Zawsze tak jest w sobotę rano, myślę; tworzy ona swoiste durne pseudopętle, które w jakiś sposób zapamiętuję, wwiercają się uparcie w pamięć i wywołują podskórne odczucie niechcianej powtarzalności dnia. Urozmaicam więc czas, jak mogę, umierając ostatnio trochę bardziej dla świata, zamykając się w czterech jesiennych ścianach depresji i zbyt głośnej samotności. Dzisiaj dodatkowo mogę usprawiedliwić swój nastrój zamachami we Francji i empatycznym współodczuwaniem, którego nie nauczyłam się wbrew pozorom na treningu rozwoju osobistego. I słońce też za bardzo mi świeci po oczach. Bolą mnie mięśnie. Za dwa dni poniedziałek. Nie ma co, smutek na zawołanie i usta w podkówkę. Elo.

Dzisiaj jestem tym utworem i tym obrazkiem też jestem.






czwartek, 12 listopada 2015

Miałam w zamiarze zrobić przegląd najśmieszniejszych obrazków i cytatów z dnia wczorajszego, ale ostatecznie zajęłam się kontemplacją tego czwartku bez wyrazu i ucieczką w wieczorne życie miasta - łuny 11 listopada po prostu opadły na rzecz tradycyjnych śmieszków do oporu z Jana Pawła II i memów z Kwaśniewskim, które podobno są passe. Ale cóż, taki żywot.

Nigdy nie wiedziałam, o co chodzi w czwartkach, ale przez swój dość długi żywot nauczyłam sobie z nimi radzić. Dlatego trafiam na spotkania o Santa Muerte i innych sektach Ameryki Południowej, zajadam darmowy tradycyjny listopadowy chleb, a potem creme de la creme dnia: zakupy w Biedrze w Galerii Krakowskiej i siłka. Tym razem zajęcia mam nie z instruktorką, ale facetem, z którym dziarsko ćwiczymy układy i też mnie to bawi. Chyba naprawdę śmieję się ze wszystkiego, ale wszystkie te kocie ruchy jakoś nie kojarzą mi się z testosteronem (zarostem, drwalem, męskim bicepsem). Mimo to, dziewczyny, dajemy, jesteście ze mną, wi step, podwójny step touch!
Co ja robię ze swoim życiem?

środa, 11 listopada 2015

11 listopada

11 listopada - wersja 1

11 listopada - wersja 2: NIE


Wiadomo, że jak zwykle mam tak wiele do powiedzenia, że ostatecznie nie powiem nic, przyjmując pozę zdystansowanego luksusowego hejtera, wtłoczonego w jedyny słuszny stan stacjonarny dzisiaj: kac - obiektywnie to on, a nie świętowanie niepodległości łączy teraz wszystkich Polaków.
Chociaż w sumie ciężko oprzeć się możliwości ponapierdalania się cegłami za darmo w ramach walki z nudą dnia wolnego - o czym byśmy rozmawiali, gdyby nie "tradycja" marszu narodowców? Właśnie, hehe.